środa, 22 maja 2013

22.

Gratuluję sobie wytrwałości w postanowieniu, jakim miał być ten dziennik. Nie mam czasu! Co chwilę coś. Już mnie to męczy. Koniec usprawiedliwiania się! Do rzeczy.

Skrótowy opis - sobota->środa.

Sobotę przeleniuchowałam do popołudnia. Następnie poszłam do babci. Pomogłam jej poprasować. Żelazko było złośliwe! Ciągle kapała z niego woda, a para robiła mi inhalację przez całe prasowanie. Zostałam tam do późnego wieczoru, pomagając jeszcze w różnych innych pracach. Po powrocie do domu powędrowałam bezpośrednio do łóżka, a w nim oglądałam moich najwspanialszych Winchesterów.
Niedziela była równie leniwa, mimo ambitnych planów. Niestety ostatnio wszystko co zaplanuję trafia cholera, w efekcie spałam do 10 i podreptałam do babci, gdzie zjadłam pyszny obiad. Wzięłam tam sobie książki, żeby się pouczyć, ALE (bo zawsze jest jakieś ale) kiedy zadzwonił wujek, że po nas przyjedzie i popołudnie spędzimy u nich, zapomniałam o tym, że wyjęłam je z plecaka. Takim sposobem całą niedziele przeleżałam w ogrodzie na huśtawce, jedząc truskawki i pijąc mrożoną kawę.
Poniedziałek był pracowity i straszny. Naprawdę. Nie chciałabym przeżyć kolejnego takiego dnia. W szkole jak to w szkole, nic ciekawego. Zwolniłam się z wfu, aby móc pojechać z Sandrą ogarnąć półmetek. Wysiadłyśmy niestety przystanek za daleko i musiałyśmy iść piechotą prawie 3km w upale poboczem. Strasznie męczące, szczególnie, że miałam buty na koturnie, ale nieważne. Idąc tak i idąc zauważyłyśmy malutką sarenkę, która wyszła z pola i weszła na drogę. Była wielkości przeciętnego kundelka. Kiedy była już prawie koło nas znikąd pojawiło się auto, jadące bardzo szybko. Potrąciło ją i nie zatrzymało się. Byłam w szoku. Nigdy nie widziałam nic równie przerażającego. Szczególnie, że zwierzętami przejmuję się wyjątkowo. Krzywda ludzi nie jest dla mnie tak istotna, jak zwierząt. Prawie płakałam. To było coś okropnego. Dałam Sandrze moją kurtkę, a sama wzięłam sarenkę na ręce i zaniosłam na pobocze. Chwilę przy niej byłyśmy, po czym kontynuowałyśmy spacer do "Rege". Ten widok chodzi za mną do teraz. Wystarczy, że zamknę oczy i widzę te małe zwierzątko. Nie mogę się pozbierać.
Wtorek był jak każdy inny, ale z trochę inną ekipą. Ewa nie była do dyspozycji, więc na szybko szukałam towarzystwa. Z Kocielską i Cwikiem poszliśmy do maka, gdzie doszło do nas w późniejszym czasie paru znajomych. Śmiechy, chichy, każdy musiał iść w swoją stronę. Miałam jeszcze trochę czasu do angielskiego, zatem wzięłam rower Kocielskiej i powoziłam się po mieście. Po lekcji pojechałam po nią i poszłyśmy do mnie. Przetłumaczyłam jej opowiadania na angielski, zjadłyśmy pączki, wypiłyśmy herbatę i tyle dobrego.
Środa, czyli dzisiaj. Nie poszłam do szkoły, z powodu złego samopoczucia. Miałam pouczyć się historii, ale wyszło, że spałam do 12! Nie wiem jakim cudem. Na 13 musiałam być u babci, więc niewiele zdążyłam zrobić. Zjadłam obiad, poopalałam się na balkonie i wróciłam do domu. Zabrałam się od razu za projekt na chemię. Nie obyło się bez zdenerwowania. Jedna osoba z grupy wysłała mi na czas swoją partię materiału. Całą resztę musiałam robić sama. Nienawidzę prac w grupach. Zobaczymy co z tego będzie. Tymczasem zabieram się za angielski i teorię z informatyki. Mam nadzieję, że dobrze mi pójdzie, ponieważ zależy mi. Naprawdę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz