czwartek, 13 czerwca 2013

28.

Czwartek!

Ach, co za dzień! Aż dziwne, że jeszcze nie zasnęłam na siedząco. Na szczęście wpis tutaj jest ostatnią czynnością, jaką mam zaplanowaną na dzisiaj. Ale może od początku.
spontan niedzielny i zapowiedź dziś
chociaż wcale niepodobne!
Wciąż czekam i się niecierpliwię na umowę, a jej jak nie było, tak nie ma. Stresuje mnie to, chociaż wiem, że ją dostanę. W szkole od rana całkiem dobrze, mam 4 na koniec z biologii, zatem jeden przedmiot z głowy. Teraz tylko ciężki weekend z chemią i polskim, ale coś za coś. Po lekcjach pędem do domu po rzeczy i na obiad, którego nie miałam zamiaru zjeść, ale zostałam zmuszona... Z mnóstwem rzeczy i workiem na trupa zabrałyśmy się na makijaż, który mimo swojej delikatności i dziewczęcego wdzięku, okazał się być ciekawym dodatkiem do całej stylizacji na zdjęcia. Nie mówiąc już o fryzurze, którą byłam zaskoczona. Do tej pory siedzę w spiętych włosach i szkoda mi wyjąć z nich choć jedną wsuwkę! Sesję można zaliczyć do udanych z czystym sumieniem. Wydaje mi się, że Kraków wpłynął na mnie pozytywnie i więcej z siebie daję, co można będzie już niedługo zobaczyć. Było śmiesznie, ale też konkretnie. Usiadłam nawet na mrowisko. Czekam z niecierpliwością na efekty, które mam nadzieję - już jutro zobaczę. Zabrałam się niedawno za wypracowanie na polski, ale jestem zbyt zmęczona, aby cokolwiek napisać. Po notce można zauważyć, że to nie ma rąk i nóg, dlatego powoli zmierzam ku końcowi. Czeka na mnie łóżeczko, ale zanim się do niego wpakuję, wejdę jeszcze do kuchni i pójdę po pieska. Lubię z nią spać. Czuję się mniej samotnie. LALALA, już robi się smętnie.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

27.

Trochę znowu dałam ciała z pisaniem, ale miałam napięty grafik. W niedzielę byłam na spontanicznych zdjęciach, które swoją drogą mimo ogromnego nieogarnięcia wyszły całkiem dobrze, a dzisiaj wczesna pobudka i Kraków. Nie chcę pisać tutaj o tym jak bardzo na kim się zawiodłam lalalala, bo to nieważne. Ważne, że jestem o krok od spełnienia marzenia. W zasadzie już się spełniło, ale tak nieoficjalnie, więc siedzę cicho. W każdym razie - podróż przekimałam na niewygodnych tylnych siedzeniach autobusu. Jestem dumna z siebie, że wypiłam tylko soczek pomarańczowy, który zapchał mnie na tyle, ale zjeść dopiero po załatwieniu spraw, ale muszę przyznać, że wtedy zjadłam aż za dużo, w efekcie powrót z Krakowa również przespałam na tylnych siedzeniach autobusu. Może zacznę od początku. Zaraz rano spotkałyśmy się z Koszelą, który swoją drogą jest przekochany i tak bardzo jestem mu wdzięczna. Poszwędaliśmy się po galerii, kupiłam strój kąpielowy, przy którym było mnóstwo śmiesznych sytuacji. Później poszliśmy na wcześniej wspomniany sok, a kolejnym punktem wycieczki była ławeczka nad Wisłą, na której także było przezabawnie. Nie chciałam tak bardzo wracać do domu! Gdy już prawie wybiła 14 zaczęliśmy się zbierać, oczywiście okazało się, że zamiast na Straszewskiego mieliśmy być przy galerii, więc kolejne kilosy bez sensu zaliczone, za to było śmieszne. Na miejscu spotkałam się z wieloma sympatycznymi osobami, a przyznam, że spodziewałam się czegoś innego. Myślałam, że zostanę skrytykowana i wylecę z płaczem. Ku mojemu zdziwieniu było przyjemnie. Zero stresu. Zrobiłam co miałam zrobić, pośmiałam się, porozmawiałam i jestem zadowolona. Mam nadzieję, że oni również. Przynajmniej w połowie tak jak ja. Po wyjściu polecieliśmy od razu coś zjeść. To było wspaniałe. Czekałam na to od niedzielnego wieczoru, kiedy powoli zaczynałam czuć głód. Napchaliśmy się różnościami, po czym udaliśmy się na dworzec i czekaliśmy na autobus. Znowu było śmiesznie! Powrót przespałam.
Dalej trudno mi uwierzyć w to, co dzisiaj mnie spotkało. Wydaje się to być za piękne, aby mogło być prawdziwe. Czekam na pierwsze zadanie do wykonania z niecierpliwością.

środa, 5 czerwca 2013

26.

Środaaa

KAMIEŃ SPADŁ MI Z SERCA! Nie wiem czy kiedykolwiek czułam taką ulgę jak dzisiaj, właśnie w tym momencie. Aż trudno mi uwierzyć, że jednak wszystko idzie w dobrym kierunku! Ale po kolei:

Rano odpuściłam sobie niemiecki, wiem, że jestem zła i powinnam chodzić na lekcje, ale byłam zmęczona jak nigdy po wczorajszym Krakowie, a te spanie 47 minut dłużej pomogło zdecydowanie. Przywitało mnie zastępstwo z edukacji dla bezpieczeństwa, a na nim kartkówka! Całe szczęście nie była taka straszna, więc myślę, że nie będzie tragicznie. Reszta zajęć zleciała dosyć szybko - może dlatego, że nie poszłam również na dwie ostatnie lekcje, jakimi był wf. Gdyby nie rąsia, poskakałabym znowu przez kozła, ale nie ma opcji. Kazano mi uważać na nią, zatem uważam.
Cały dzień się stresowałam. Nie wiem czy kiedykolwiek w życiu tak długo byłam tak spięta! Nie miałam z kim jechać do Krakowa w piątek, Koszeli też wtedy nie będzie, więc nie byłabym w stanie sobie tam poradzić, zresztą ważniejszym powodem zdenerwowania była odmowa mamy na samodzielny wyjazd. Całe szczęście zrobili konferencję, na której ustaliliśmy, ze mogę przyjechać w poniedziałek. Będzie tam również Kacper, także poradzimy sobie. Wiem już co wziąć i w ogóle. Bardzo się cieszę! Chociaż jeszcze nic nie jest pewne.

wtorek, 4 czerwca 2013

25.

Krakowski Wtorek


Dzisiaj byliśmy na wycieczce w Krakowie. Od wczorajszego obiadu do dzisiaj, a konkretnie popołudnia nie mogłam nic jeść, ponieważ miałam iść na "casting". Oczywiście jak okazało się po fakcie nie robili mi jednak  polaroidów, więc mogłam spokojnie jeść, jeść i jeszcze raz jeść
. Natomiast wychodzę z założenia, iż strzeżonego Pan Bóg strzeże, więc nic mi się nie stało. Wcześniej byliśmy na The Human Body Exhibition i muszę powiedzieć, że zawiodłam się. Liczyłam na coś, co mną wstrząśnie. Coś, co będę miała ciągle przed oczami i coś co zdecydowanie mnie odmieni, a okazało się to być na tyle sztuczne, że mało wiarygodne. Nie przekonało mnie to na tyle, aby realnie przejąć się faktem, że patrzę właśnie na spreparowane ciało martwego człowieka. Jedyną ciekawą według mnie częścią wystawy była sekcja o zarodkach. Ciała noworodków, zarodków w różnych stadiach rozwoju były naprawdę ciekawe! Prawdę mówiąc nie myślałam wtedy o tym co oglądam, bo stresowałam się spotkaniem i rozmową, która okazała się być bardzo przyjemna. Poznałam szefa i jedną z lepszych modelek agencji, która dwa razy robiła okładkę do Vouge. Było to dla mnie ogromne przeżycie. Do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Kazano przyjechać mi w piątek, w celu ustalenia szczegółów, zatem nie powiem nic więcej na ten temat. Zobaczymy co z tego będzie, ale myślę, że może być ciekawie. Generalnie dzień zaliczam do udanych, nie myślałam w ogóle o codzienności. Zaszyłam się z Florence & The Machine i moimi pseudoschizującymi wyobrażeniami siebie w piątek i przyszłości jeśli wszystko pójdzie tak, jak chciałabym, aby poszło. Od tego wszystkiego boli mnie głowa, ale to nieistotne. Cieszę się, że spędziłam ten dzień z Kacprem i Natalią.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

24.

Poniedziałek.

Dzisiaj już bez większych problemów dotarłam do laptopa, zatem na spokojnie mogę dodać kolejny bezsensowny wpis, w którym opiszę swój jakże ciekawy dzień. Bez owijania w bawełnę.
Wstałam rano z wielkim bólem i niechęcią. Niemiecki na pierwszej lekcji nie jest wymarzonym początkiem dnia, a co dopiero tygodnia. Na szczęście nie było tak tragicznie, w sumie nic nie robiliśmy, a pani nie miała nawet naszego dziennika. Kolejną lekcją była historia, na której przysypiałam. Jakoś wyjątkowo długo nie mogłam się rozbudzić. Religię spędziłam leżąc w łączniku z wspaniałą muzyką. Ciekawostką jest, że słuchawki pożyczyłam od Nędzy, ponieważ pewien upierdliwy delikwent nie ma zamiaru oddać mi moich. Słuchawki pożyczyłam również na dzień jutrzejszy, ze względu na wyjazd do Krakowa. Następne trzy lekcje  były językiem polskim, lubię ten przedmiot. Poza tym przepadła nam matematyka. Czego chcieć więcej? 4+ i 5 z angielskiego? Gratuluję sama sobie. To święto, zważając na to, że profesorek mnie nie darzy sympatią. Następnym szokiem dnia była 4 z wypracowania maturalnego z j.polskiego. Jestem naprawdę zdziwiona, ponieważ zawsze wychodziłam poza klucz. Nie potrafię pisać zgodnie z tym wymyślnym głupstwem. Na wfie skakałyśmy przez kozła. Nie rozumiem dlaczego w gimnazjum nie miałam najmniejszych problemów z tym ćwiczeniem. Aktualnie jest to dla mnie jakiś koszmar. Boję się, mam jakąś blokadę i nie jestem w stanie tego zrobić. Nie ufam naszej nauczycielce. Myślę, że głownie przez to sytuacja tak wygląda. Muszę się przemóc, koniecznie. Po lekcjach poszłam z Burgieł do lumpa, znalazłam tam kilka bardzo fajnych ubrań, niestety wszystkie były na mnie za szerokie. Nienawidzę siebie za to, naprawdę. Wracając rozmawiałam z Koszelą. Mam na jutro misję, która strasznie mnie stresuje. O niej jednak wspomnę w kolejnym wpisie.

niedziela, 2 czerwca 2013

23.

23.

Wiem, że zaniedbałam ZNOWU, ale tym razem z premedytacją. Nie chciałam pisać o ostatnich dniach. Trochę wychodzi ze mnie tchórzostwo i chęć uniknięcia za wszelką cenę nieprzyjemności, ale taka już jestem - słaba z natury. Na swoje usprawiedliwienie nie mam wiele, oprócz tego, że te dni nie należały do udanych. Dużo myślałam, może nawet za dużo, a przede wszystkim wyznaczyłam sobie nowe cele i myślę, że zakończyłam pewien rozdział w moim życiu. Co prawda nieoficjalnie, bo oficjalny będzie dokładnie w połowie tego miesiąca, ale to już i tak ogromny krok w tym kierunku. Nie wiem czy powinnam być z siebie dumna, ale mam nadzieję, że wyj

dzie mi to na dobre. We wszystkim wspiera mnie Ewa, która możliwe, że to przeczyta, więc dziękuję, za Twój surowy wzrok, który jest jednoznaczny podczas moich dziwnych zachowań i skoków w bok z mojego planu.

W skrócie wszystko co pamiętam:

Ogólnie ujmując miałam ostrą jazdę z nauką. Siedziałam dniami nad biologią i historią, nie napisałam niestety zadowalająco, ale myślę, że tragedii nie ma. Szkoda, bo naprawdę się starałam. Dni wolności i poczucia bezpieczeństwa się skończyły - tyran wrócił do domu i nie wybiera się nigdzie w najbliższym czasie, zatem zapowiadają się wspaniałe dni spędzone w pokoju z herbatą i książką.
Ubiegły tydzień mimo wszystko nie był jakiś bardzo straszny. Był niesympatyczny, ale czas spędziłam miło i nie mogę zaprzeczyć. Poniedziałek był pracowity z wyżej wymienioną biologią, we wtorek wczesnym porankiem poszliśmy śmiecić do Cieślika, spędziliśmy tam wieczór, a później poleciałam napisać biologię, następny był sprawdzian z matmy, na który niestety nie byłam przygotowana. Popołudnie spędzone również na świętowaniu osiemnastki. Środa bez szaleństw za dnia, natomiast wieczór był przedni. Spędzony z ludźmi z gimnazjum, naprawdę kupa śmiechu! Trochę inaczej niż zwykle, odpoczęłam i zapomniałam na chwilę o Bożym świecie. Czwartek przeleniuchowany. Piątek już bardziej pracowity - 3godziny lekcji angielskiego, na którym zamówiliśmy pizze. Później poszliśmy na pola i jakoś przeleciał dzień. Mogłabym rozpisać się tutaj bardziej, ale to jeden z tych dni, o którym wole nie pisać nic. Sobota - Dzień Dziecka. Pogoda nie dopisała, ale ciocia spisała się na medal. Obiad był wyśmienity, a leniuchowanie na Ocicach zawsze jest w porządku. Dzisiaj skończyłam oglądać Supernatural. Nie jest mi dobrze z tego powodu, ponieważ muszę czekać aż do października na kolejny sezon, o ile w ogóle mają zamiar go nakręcić. Nie wiem co teraz będę robić. Był to jeden z lepszych seriali, który kiedykolwiek oglądałam. KOCHAM DEANA.