sobota, 27 kwietnia 2013

19.

Chyba umrę. Wtorek, środa, czwartek, piątek? Naprawdę? Dlaczego nie miałam czasu, żeby wcześniej to uzupełnić? Nie wiem czy pamiętam w ogóle co się kiedy działo. Masakra.


Wtorek i Środa


Pamiętam, że we wtorek było straszne zamieszanie w szkole, przyszedł też tata Nędzy na przedsiębiorczość i czułam jego stres. To było bardzo dziwne, zazwyczaj jeśli czuję czyjś stres, strach, smutek, albo złe samopoczucie, to jest mi to bliska osoba, a tutaj? Pierwszy raz widziałam faceta na oczy. Nie wiem co o tym myśleć. Popołudniu poszłam z Olą do maka, zresztą jak co wtorek. Zawsze chodzimy do maka, bo później mamy angielski. Ewa z Barszczem dojeżdżają, zatem muszą sobie zorganizować jakoś ten czas i najbardziej atrakcyjną formą jego spędzenia jest właśnie posiłek w maku.
W środę miałam kartkówkę z niemieckiego ze strony biernej, mam nadzieję, że chociaż na 3 ją napisałam, bo mam straszne oceny... Martwię się o to, co wyjdzie mi z poszczególnych przedmiotów, naprawdę. Szczególnie chyba o fizykę i biologię, ponieważ z fizyki nie mam jeszcze żadnych ocen i co chwilę pan przekłada sprawdzian, a z biologii mam kapę na czysto, którą mogę poprawić dopiero po maturach. Zależy mi na dobrych ocenach, bo właśnie tegoroczne będę miała na świadectwie po 3klasie.


Czwartek i Piątek


Czwartek był jakiś taki szalony. Wszystko było dziwne i inne niż zawsze. W szkole, jak w szkole, później z Adą doczepiłyśmy się do paru osób w plenerze i czytałyśmy nasze dzieło o katapulcie na dachu w Mongolii. To nie było ani trochę śmieszne, a mimo to, kiedy ktoś to odczytywał na głos, płakałyśmy ze śmiechu. Potem poszłam do optyka, żeby podkręcił mi okularki. Miałam takiego stresa! Nie wiem czemu, ale wkręciłam sobie, że jestem pijana i że pani mnie nie zrozumie. Nie chciałam jej chuchnąć, bo bałam się, że zauważy, czy coś. A tak naprawdę nic mi nie było, zupełnie. Trzeźwość umysłu max. No, ale poszłam, zrobiłam, wyszłam i do domu. Posiedziałam na słoneczku, później zabrałam się za wypracowanie na polski i ogarniałam Pitagorasa. Chyba będzie w porządku. NAGLE zadzwonił telefon. Wyszłam na dwór i jak za starych czasów bawiliśmy się na placu. To aż mnie boli. Rekin w piaskownicy, przypały na domofonie, wożenie się na rowerach po kilka osób, śmiesznie było. Piąteczek również pod znakiem przypału. Poszłam do szkoły w najkrótszych szortach jakie miałam. Szczerze mówiąc - wszystkie są takie krótkie, ale nie miałam wyboru. Był taki upał, że ledwo żyłam. Po szkole ładnie wróciłam do domu, znowu pogrzałam zadek na słoneczku i poszłam na angla. po anglu przyjechał po mnie Szkopek, pojechaliśmy po Oświęcimke i sruuu przypałowy wieczór. W ogóle nie rozumiem, co ja robiłam wieczorem na podwórku z "ekipą" z dzieciństwa. Normalnie o tej porze siedzę gdzieś kulturalnie z ogarniętymi ludźmi i rozmawiam. Tym razem oczywiście wożenie się i ściganie Jolanty na rowerach po osiedlu, YOLO i inne dziwne rzeczy. Wiem tylko, że tyłek będę leczyć parę dni.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

18.

Niedziela i poniedziałek. 


Dzisiaj znowu jestem zmuszona do dodania podwójnego wpisu, ale nic na to nie poradzę - siła wyższa. Zacznę zatem od początku, a dokładniej od niedzieli.

Niedziela.


Po najbardziej leniwym dniu, jakim pamiętam nastąpiła zawalona masą rzeczy do zrobienia niedziela... Nie wiem czy wykonałam wszystkie zaplanowane czynności, natomiast jestem pewna jednego - robiłam zdecydowanie za dużo zbędnych rzeczy. Ubzdurałam sobie, że muszę wyrobić sobie brzuch i co? Zamiast uczyć się na dzisiaj, ćwiczyłam razem z Mel B przez dziesięć minut. Poszłam do babci, gdzie ciocia przekonała mnie wreszcie do obcięcia włosów, ale o tym niżej. Do południa i tak leniuchowałam, muszę stwierdzić, że takie byczenie się poprzedniego dnia mi się udzieliło i naprawdę ciężko było zabrać się za cokolwiek. W każdym razie po powrocie od babci zabrałam się za matematykę. Nie wiem, czy jakieś efekty będą, przekonam się o tym, jak pani odda sprawdziany, ale chciałabym dostać 3. Chociaż nie ma co się łudzić, znając moje szczęście i brak umiejętności, będzie znacznie gorzej. Wieczorem na domiar złego (?) ściągnęłam sobie na telefon aplikację, która zapisuje moje "osiągnięcia" w A6W, wczoraj zrobiłam całą serię. Liczę na widoczne efekty już niedługo!

Poniedziałeczek.


Jestem w ciężkim szoku, z którego nie potrafię się otrząsnąć - poczułam się jak w podstawówce! Dostałam dzisiaj dwie piątki. Nie wierzę w to co się dzieje, naprawdę. Generalnie dzień minął dziwnie szybko, jedynie dłużył mi się angielski, ale to dlatego, że umierałam na ból brzucha. Myślałam, że mam zapalenie wyrostka! A boję się tego panicznie, odkąd przewspaniały lekarz mnie nie nastraszył... Nieistotne. Z tego względu nie poszłam ZNOWU na wf, za to spędziłam mile czas w gronie zacnej IImi. Poszliśmy na lody, no i oczywiście w końcu, po długim namyśle udało się nam znaleźć sprzedawcę na rynku, który zszedł z ceny okularów poniżej 20zł. Później oczywiście wróciłam do domu, przygotowałam sobie obiad i zajęłam się uzupełnianiem ćwiczeń z angielskiego. Zamiast robić to, czego mi brakuje, zaczęłam robić do przodu... Mądra ja. Chwilę po tym, kiedy znudził mi się angielski i zagrzałam się odpowiednio na balkonie przyszedł czas na fryzjera. TAK STRASZNIE SIĘ BAŁAM! Włosy nie urosły mi od ostatniego cięcia w ogóle, dlatego omijałam wszelkie salony szerokim łukiem, ale nie miałam już wyjścia. Moje końcówki były koszmarne. Na szczęście pani mnie grzecznie posłuchała i nie obcięła mi więcej, niż chciałam. Bardzo dobrze. Oby rosły coraz szybciej! Dzisiaj znowu poćwiczyłam z Mel B, ale tym razem towarzyszyła mi mama. Robiłyśmy ćwiczenia na nogi i brzuch. Planowałam jeszcze A6W, ale obawiam się, że nie dam rady. Zbyt dużo naraz. Czeka na mnie za to 11odcinek 7sezonu supernatural i ciepłe łóżeczko, w którym spędzę więcej czasu niż zwykle, gdyż jutro zaczynam dopiero od 9:40!

sobota, 20 kwietnia 2013

17.

Sobota.


Jeden z najbardziej leniwych dni ever. Wstałam z łóżka tylko po to, aby zrobić sobie herbatę. Gniję i gniję, zapuszczam korzenie w moim cudownym łóżeczku, które jest już niestety pełne okruszków, czekolady i innych syfów, które w siebie pakowałam przez cały dzisiejszy dzień. Mam za to ambitne plany na jutro! Muszę nauczyć się matmy. Posiedzę ze dwie godzinki w pełnym skupieniu i może coś ogarnę. Później może do babci, a na wieczór jak codziennie - supernatural. Jestem już prawie w środku siódmego sezonu!
Ogarnęłam zdjęcia Ady, chociaż jedna pożyteczna rzecz dzisiejszego dnia! Zaraz pójdę spać, bo rano pewnie wyślą mnie z psem...

16.

Piąteczek.


Żałosna samojebka z kamerki i dziubek i ryj mopsa. 
Zapowiadało się tak nieciekawie. Rano nie mogłam wstać, na lekcjach zamulałam, przerwy były nijakie, zresztą podobnie jak pogoda, która dodatkowo mnie męczyła. Jedyne co w szkole było plusem, niestety zapłaconym ogromnym stresem, był termin zerowy z geografii. Kompletnie się na to nie przygotowałam, zresztą jak Ada. Nikt nie miał odpowiedzi. Wszyscy spoglądali z nadzieją na wielką mapę świata, namalowaną na ścianie po prawej stronie klasy. Na 15 przykładów, byłyśmy w stanie zgapić jedynie 4, z pewnością, że będą dobrze, co dawało pewną kapę. Pani sprawdziła nam od razu prace. Czyta numerami, większość nie zaliczyła, albo ma dopa, na 15 par jedynie trzy, w tym my, są zwolnione z pisania kartkówki. Nie wiem jakim cudem się udało, ale był to początek dobrych wydarzeń tego dnia.
Pozdrawiam Ewę, która właśnie odbywa podróż życia!
Po szkole prędko do babci na pierogi. Zachwyt! Później do domu, posprzątałam i się zaczęło. Miałam 3 propozycje na wieczór, jedna wykluczała drugą, a trzecia była zbyt od czapy, żeby wypalić. Zdecydowałam się na 13, wstępnie mieliśmy iść w trzy osoby, ale niedługo po tym dostałam telefon, że wszyscy idziemy na KSia - była to druga opcja, która żadnym pozorem nie miała sprowadzić osób z 13 w tamto miejsce. Wyszło jak wyszło. Poszłam do Burgieł i od niej miałyśmy iść właśnie na Koniec Świata. Zaraz przed wyjściem okazało się, że nasza super ekipa z 13 dowiedziała się o kasowaniu na wstępie, także KS odpadł i została 13. Oni poszli szybciej, a my spotkaliśmy się z ekipą, która z założenia miała właśnie tam spędzić wieczór, jednak koncert pokrzyżował ich plany. Kiedy dotarliśmy na miejsce i ks dowiedzieli się o tamtych nastąpił jakiś chaos. Nie wiem jak i kiedy się rozdzieliliśmy, w efekcie siedziałam z osobami, do których mieliśmy wszyscy dojść, a oni poszli gdzieś indziej. Musze przyznać, że miło tego mało sympatycznego incydentu, było bardzo fajnie. Mogę stwierdzić, że był to jeden z lepszych wieczorów, szkoda tylko, że trwał tak krótko. W każdym razie posiedzieliśmy, pogadaliśmy, później polecieliśmy do maka, a tam akcja życia z kuponami. Wszystko działo się tak szybko, że tylko stałam w miejscu i się śmiałam z tego co się dzieje. Zjedliśmy nuggetsy i powoli do domu. Było ok. 

czwartek, 18 kwietnia 2013

15.

Czwartek <3


Dzisiejszy dzień należy do jak najbardziej udanych. W szkole dosyć luźno, śmiesznie i oczywiście wspaniała przerwa na 5 lekcji, którą jest religia. To idealny czas na odpoczynek w środku dnia, pełnego ciężkich lekcji.   Posiedziałyśmy na dworze z Adą i zjadłyśmy lody. Ostatnia lekcja minęła dosyć szybko, praktycznie cały czas jadłam karmelka z Francji. Ma dziwny smak i ciągnie się niesamowicie. Po szkole prędko do domu. Trip ze szkoły do domu i z domu do szkoły w ciągu 30 minut - moje dzisiejsze (o dziwo niejedyne) osiągnięcie. Przebrałam się, wzięłam aparat i po Adę. Pla
Naturalnie podczas przygrywania akustycznego w muszli
ny (nie?)stety się nie zrealizowały i skończyłyśmy u boku ziąsów z IImi. Kilka zdjęć, pare anegdotek i znowu wróciłyśmy pod szkołę. Zgadałyśmy się z testosteronem i Maciejem, wzięłam Olę i podreptaliśmy do sklepu, ze sklepu na miejscówę, na której wcześniej spotkałam najzdolniejszego kota świata. Zrobiliśmy co trzeba i poszłyśmy do Oli na obiad, następnie pędem do parku i tam siedziałyśmy kilka godzin, słuchając przygrywania chłopaków. Było naprawdę przyjemnie. Mama nie miała problemów po wywiadówce, także chyba na pewno jadę na weekend! Zamiast biegania mykaliśmy rowerkiem, Arek zwątpił, więc zostaliśmy w dwójkę. Mam nadzieję, że będę w stanie wstać jutro z łóżka... W każdym razie jest w porządku i niech tak będzie jak najdłużej.

środa, 17 kwietnia 2013

14.

Wtorek/Środa


Po raz kolejny jestem zmuszona dodać podwójny wpis. Wczoraj nie mogłam się zebrać na napisanie czegokolwiek, także dzisiaj będzie relacja z dwóch dni.

Niewidzialna Ola
Wtoreczek -> Uwielbiam ciepło tak bardzo. Każdą przerwę spędzamy na dworze. Leżymy na ławkach, grzejemy się, spóźniamy na lekcje. Wczorajsze przerwy były jednymi z lepszych przerw w tym roku szkolnym, zresztą podobnie jak poniedziałkowe. Po szkole poszliśmy znowu do chinola i tym razem wsuwałam najwspanialszy, ostry jak jasna cholera makaron z kurczakiem. Następnie wietrzyliśmy ubrania i do maka. Ewa miała tłumaczyć mi matmę, a wyszło na to, że matematyka została zastąpiona tematem rzeką - dlaczego Ola i ja jesteśmy forever alone. Oczywiście nie ustaliłyśmy co jest tego przyczyną, ale za to nie jest już tak bardzo źle - we dwoje raźniej. Wróciłam do domu, miałam uczyć się na sprawdzian z biologii, ale przypomniało mi się, że mam referat na edb, także do późna ogarniałam zagadnienie powinności obronnych. Wyszło na to, że nawet nie otworzyłam zeszytu.

Jem krówkę

Środa-> Nie poszłam na niemiecki, szłam za to z Arkiem do szkoły. Po drodze rozkleiły mi się vansy i musiałam iść szybko kupić kropelkę, żeby naprawić buty. W efekcie spóźniłam się na matematykę. Sprawdzian z biologii był straszny. Nie przypuszczałam, że da aż takie zadania. Dostaliśmy podobny sprawdzian do sprawdzianu biol-chemu...
Trochę zawiodłyśmy się z Olą, że Cegielski i Hwdp nas olali, ale to i tak kwestia przyzwyczajenia. W moim przypadku wyszło to w późniejszym czasie na plus i mimo tego, że na początku zapowiadało się nieciekawie, to naprawdę było warto pobiadolić przez moment. Zwolniłam się z jednej lekcji wfu przez moje zacne biodro, za to miałam z kim wracać do domu, także nie jest źle! Zjadłam najlepszego kotleta na świecie i czekałam aż przydzie Ola i Burygieł. Ogarnęłyśmy sobie obóz, więc teraz zostaje tylko czekać!

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

13.

Poniedziałek!


zimowe jeszcze zdjęcie z Zil, bo zgubiłam kabelek :c
Tak bardzo stresowałam się matematyką, a dostałam dwa dopy. No cóż ..mogło być lepiej, ale ważne, że chociaż nie mam kolejnej jedynki. Muszę przyłożyć się do sprawdzianu. Dam radę - mam nadzieję. Dzisiaj znowu biegaliśmy z Arkiem. Chciałabym, żeby efekty były widoczne jak najszybciej. Może zacznę jeszcze robić brzuszki.
Po szkole poszłyśmy z Dembniak i Burgieł do lumpa, oczywiście nic nie znalazłam. Wszystko duże. Nie wiem dlaczego w innych miastach jest od groma fajnych ubrań, a u nas nic nie można znaleźć. Beznadzieja. Skończyłam 6 sezon supernatural, oczywiście ostatni odcinek jest taki, że nie mogę się doczekać, kiedy zacznę kolejny sezon! Pierwszy raz wciągnęłam się w serial do tego stopnia, naprawdę.
Nic nie potrafię na sprawdzian z fizyki...Aż mi źle. Nie wiem dlaczego muszę wiedzieć jak pracuje reaktor jądrowy oraz na czym polega rozkład pierwiastków alfa, beta i beta+. Już nawet nie chcę wspominać o tym beznadziejnym rozwiązaniu z rozszerzonymi przedmiotami do matury. Jakaś porażka.

niedziela, 14 kwietnia 2013

12.

Pierwsza ciepła niedziela.


Chwilę mam, więc czas na uzupełnienie braków w dzienniku. Niedziela jak niedziela. Pospałam dłużej, o dziwo mama wyszła z psem, więc nie musiałam się budzić o 8 i później znowu starać się zasnąć. Za to miałam takie chore sny, że sama nie wierzę w to co jest w mojej głowie. Zawsze miałam bujną wyobraźnię. 

Popołudniu poszłam do babci. Posiedziałam, pomogłam zrobić prezentacje, pogadałam z ciocią i dziadkiem. Wróciłam do domu, wykąpałam się i zaraz zabiorę się za serial. Boję się matematyki, naprawdę. Stresuję się jak nigdy. Nie wiem co się ze mną dzieje, tym bardziej, że wczoraj doszły dodatkowe nerwy. Mam tyle cholernie trudnych problemów i zamiast się na nich skupić, to szukam sobie innych, łatwiejszych, ale bardziej je przeżywam i nie mogę sobie poradzić. To jest chore z mojej strony. Dzisiaj cały dzień zamulałam. Zamykałam się w sobie i patrzyłam w przestrzeń, w ogóle nie wyłapywałam co kto do mnie mówi. Aż mi siebie szkoda. Mam nadzieję, że się ogarnę. 

11.

Sobota?


Miał być dziennik, a jakoś ostatnio nie dodaje codziennie wpisów, więc chyba czas to zmienić. Dzisiaj dodam dwa - za wczoraj i później dzisiejszy. Może będę w stanie coś napisać, bo po wczoraj to nie mam ani ochoty, ani nic w głowie. Ale to nieistotne.

Pospałam do późna, posprzątałam, obejrzałam dwa odcinki i przyszedł Arek. Poszliśmy biegać na stadion. To nasz pierwszy wypad w tym roku na bieżnie. Umówiliśmy się, że biegamy póki co trzy razy w tygodniu po pół godziny. Myślę, że na początek to wystarczająco. Tak bardzo miłe było ze strony otyłego współlokatora było kopanie w nas piłki. Uprzejmość ludzka nie zna granic jak widać. Pogadaliśmy, oczywiście temat prędzej czy później zszedł na wiadomą osobę. Wróciłam do domu, szybki prysznic, przebrałam się i znowu przyszedł Arek. Arek, jak to Arek nie potrafi trzymać języka za zębami, ale nieważne. Nic się nie stało na całe szczęście. Poszliśmy po dziewczyny i do żabki. Było śmiesznie. Zrobiłam grzechotkę z butelki po frugo, Oli wrócił głos i przygotowaliśmy stolik na romantyczną kolację. Po opróżnieniu tego, co mieliśmy do opróżnienia poszliśmy do 13. Nie posiedziałam długo. Po może 30minutach wyszłam i poszliśmy na kawę i na spacer - jak za dawnych czasów. Już nie pamiętam, kiedy tak długo chodziliśmy po mieście i znowu boli mnie biodro. Przynajmniej było cieplej niż ostatnim razem, kiedy byliśmy tak długo na spacerze. Zresztą nieważne. Wróciłam do domu przed północą i złapał mnie jakiś dziwny dół. Są rzeczy o których lepiej nie wiedzieć. Nie wiem dlaczego tak się tym przejęłam i aż tak mnie to dobiło. Chciałabym nie być tak przewrażliwiona i w końcu przejrzeć na oczy. Trwa to tak długo, sama wiem od dawna, jak wygląda sytuacja, a mimo to, w mojej głowie siedzi jakaś głupia myśl, że może jednak. Wydawać by się mogło, że każdy widzi, że coś jest na rzeczy. Że coś jest na rzeczy, a okazuje się, że tak nie jest. Dostrzegają to tylko osoby, które nie powinny, albo nie muszą. Cóż. Czas się ogarnąć i znaleźć jakieś dobre wyjście z tej sytuacji. O ile się da. Jednak przez dłuższy czas - ponad pół roku, nadawałam na zupełnie innych falach, niż powinnam. Muszę się przestawić. Nie wiem czy dam radę. Jeszcze ten wyjazd...

piątek, 12 kwietnia 2013

10.

Piąteczek życia


Środę i czwartek byłam bez "automatu", ponieważ "mam to w dupie, że chcesz skorzystać z internetu, twój problem, że masz zadanie, gówno mnie to interesuje", zatem przemęczyłam się dwa dni, a dzisiaj nie wytrzymałam i powiedziałam co o tym myślę, w rezultacie matka zrobiła po raz kolejny z siebie ofiarę, ale chociaż mam jak skorzystać z internetu.

zeszyt z edb jacka
Nie pamiętam za bardzo co działo się w środę, poważnie. Mam problem, żeby zapamiętać takie rzeczy. Pamiętam jednak, że był dzień otwarty dla mojego byłego gimnazjum, który okazał się klapą. Nienawidzę takiego braku organizacji. Byłam jedyną osobą poza Sołtysem, która miała wcześniej styczność z trasą oprowadzania gimnazjalistów. Nie mieliśmy kartek, trzeba było chodzić z pamięci, już nie chcę nawet myśleć o tym, że 3/4 klas, do których mieliśmy wejść było zamkniętych, a nauczyciele nie byli przygotowani na odwiedziny. Porażka, naprawdę. Wstyd mi.
Później oczywiście wróciliśmy na lekcje. Dzień jak każdy inny, ale chociaż było ciepło. Na edb znowu miałyśmy z Adą fazę na maltretowanie zeszytu, także <- zamieszczam efekt końcowy.


Czwartek. Co takiego działo się wczoraj. W szkole jak w szkole, bez rewelacji, natomiast później wybraliśmy się z Przemkiem i Ewą do chińczyka, na pamiątkę została mi śmierdząca cebulą i starym tłuszczem kurtka skórzana i plecak...Jedzenie za to zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie, było pyyyyyszne! Długo czekałam na otworzenie chińskiej "restauracji" na naszym zadupiu. Najedzeni poszliśmy do maka, pogadaliśmy jak za dawnych czasów i do domu! Oczywiście nie ominęła mnie kłótnia z mamą, która skończyła się moim wyjściem z domu i jej płaczem, ale to już mnie zupełnie nie rusza, niech sobie płacze ile chce. Może jej się skończy limit łez. Łotewa.

Dzisiaj całkiem okej, dzień bardzo dziwny mimo wszystko. Jeden z tych, który wydaje się być snem. Nie wiem czy tylko ja tak mam, ale dzisiaj to pierwszy raz od dłuższego czasu. Jestem jakaś za bardzo uczuciowa, ale niewrażliwa. Trochę nielogiczne. Cały dzień próbowałam ogarnąć matmę. 15minutowe korki coś dały, jednak nic z tego, co powtarzaliśmy nie było na kartkówce. Strasznie stresuję się matematyką. Coraz mniej rozumiem, a naprawdę się staram. Namieszałam tam dosyć porządnie. Będę się modlić o uznanie tego zadania... Popołudniu poszłam do dziadków, dziadek zjechał mnie od deski. Kocham go! Angielski, ciepła bułka z nutellą, a teraz herbata karmelowa i ploteczki z Ewą. Nie mam ochoty na rozmyślanie. Ostatnio zdecydowanie za dużo czasu na to poświęcam.

wtorek, 9 kwietnia 2013

9.

Wolny wtorek.


Jak można domyślić się z "tytułu" - nie poszłam do szkoły. Ach, szalona ja. Tak wyszło, nie było to zamierzone. Źle się czuję. Psychicznie wysiadam, a fizycznie nie mam na nic siły. Pospałam dłużej, poszłam do babci i zjadłam naleśniki z nutellą. Lubię nutellę. Nutella pomaga na wszystko. Ciągle mi zimno, albo za gorąco. Może będę chora, albo tylko mi się wydaję. Tak bardzo potrzebuje już tej majówki, że nie wytrzymuję, kurde. A Oriana wciąż nic nie pisze co i jak...Znając życie nic z tego nie wyjdzie.

Musiałabym pouczyć się na biologię. Koniecznie muszę dostać jakąś dobrą ocenę. Na matematykę nie liczę, bo nie ma opcji, ale może właśnie biologia...Jeszcze projekt na edb. Trochę do zrobienia mam, a wciąż siedzę i patrzę w przestrzeń. Nie wiem czego tam szukam, ale i tak nic nie znajdę, więc czas ogarnąć zad. Mam angielski za godzinę i sześć minut, więc należałoby chociaż się jakoś inaczej ubrać. To wszystko jest takie dziwne.

Pobrałam gg na telefon. Nie wiem dlaczego to zrobiłam. I tak nie mam z kim pisać. Pobierało mi się prawie pół godziny, bo zużyłam wcześniej cały transfer. Chciałabym, żeby chociaż teraz się udało. Męczy mnie czekanie i wyszukiwanie problemów w niczym. Może być coraz lepiej, nie wiem od czego to zależy, ale nie zostaje mi nic innego niż czekać i mieć głupią nadzieję, że się coś poprawi. Naiwna ja.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

8.

Poniedziałek

Jest jakoś dziwnie. Mam huśtawki nastrojów, w związku z tym czuję się jak kobieta z menopauzą - psychicznie i fizycznie. Mimo, że dzień rozpoczęty językiem niemieckim, to nie było bardzo źle. Mam nadzieję, że chociaż uda nam się z Lindą przepisać do innej grupy, ponieważ nasza aktualna to lekkie przegięcie. Z drugiej strony nie jest chyba tragicznie, bo na pierwszy semestr wychodziła mi 3, a nawet nie mam książek! Kto by pomyślał. Zdolna ja.

Mam ochotę kupić sobie granatowy sweterek - taka tam dygresja.
Mina została mi z lekcji polskiego. 

Stresuję się matematyką, ponieważ mam fatalne oceny...Muszę się postarać dostać dobrą ocenę ze sprawdzianu z geometrii. Dzisiejszą kartkówkę znowu skopałam. Nie wiem co się ze mną dzieje. W każdym razie cieszę się, ze mama jest skłonna puścić mnie do Jałowej, poważnie...Jestem w szoku, ale naprawdę to coś, za co byłabym jej dozgonnie wdzięczna, a przede wszystkim - odpoczęłabym w świetnym towarzystwie. Generalnie jest progres, ponieważ matka popłakała się przy obiedzie, w trakcie kolejnej lekko chorej sytuacji. Może powoli zaczyna zauważać, że coś jest nie tak. Nie liczę na zmianę.
Powinnam zacząć robić notatki z biologii. W środę sprawdzian, a materiału jest dosyć dużo, oczywiście i tak się za to nie zabiorę, bo wciągnę się w Supernatural. Jakby nie patrzeć - jutro też jest dzień. Nie wiem dlaczego jestem taka leniwa...

Mama się mnie dzisiaj zapytała co jest ze mną nie w porządku, że nie mam chłopaka - przecież dziewczyny pod koniec I liceum już przeważnie kogoś mają. Dlaczego nikogo nie masz? To był cios poniżej pasa. Jakby to była moja wina. Cóż, widocznie mamusia ostatnimi dniami lubi dopierdalać.

niedziela, 7 kwietnia 2013

7.

Rodzinna niedziela


Kocham wstawanie w weekend o godzinie 7:15, ponieważ moja matka nie ma spania i nie może znieść myśli, że ktoś inny może smacznie spać, a ona nie. Oczywiście poszłam z psem, pochodziłam chwilę i bez słowa wróciłam do łóżka. Nie chcę nawet myśleć o tym, co pod nosem sobie mówiła mamusia, kiedy widziała, że znowu idę spać. Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz - zdecydowanie prawda. Ostatecznie wstałam koło 11, zjadłam płatki i znowu wróciłam do łóżka. Supernatural samo się nie obejrzy, więc ogarnęłam parę odcinków. To jest niemożliwe jak można się wczuć w serial i przeżywać wszystko razem z bohaterami. Nie wiem co zrobię, kiedy obejrzę wszystkie odcinki...Aż mam dreszcze. 

niewyraźna Kira!
Przyszedł czas obiadu, czyli jak zwykle okres pełen wrażeń. To jest niemożliwe, że można czuć taką nienawiść do rodziny...Nie wiem dlaczego tak jest, w każdym razie nie zrozumiem również tego - jak można w domu, w którym mieszkają 3 osoby odstawiać taki cyrk. Nie wiem czy oni traktują mnie jak współlokatora, który dostaje co miesiac wypasioną wypłatę i jest w stanie pozwolić sobie na zakupy, takie jakie robią sobie oni co tydzień. Chore jest, żeby matka z mężem mieli osobną pastę do zębów, szampon i płyn do kąpieli. Jeszcze bardziej nie mogę pojąc tego, że robią sobie obiad dla siebie, a mnie każą robić dla siebie. Ba! Dopiero wtedy, kiedy oni wyjdą z kuchni. Czuję się...trochę dziwnie. Nie wiem...gorsza? Chyba zacznę chodzić na posiłki do dziadków, przynajmniej tam czuję się jak w domu i z przyjemnością, w miłej atmosferze mogę zjeść i porozmawiać. W domu siedzę milcząc u siebie, wychodzę jedynie, aby zrobić sobie herbatę, którą zresztą trzymam u siebie w pokoju. To jest jakiś absurd. Może kupię sobie czajnik i postawię na parapecie.

Popołudniu poszłam do dziadków. Słuchałyśmy z ciocią disco polo i śpiewałyśmy z telewizorem. Tylko tam mogę poczuć się jak w prawdziwej rodzinie. Coraz bardziej żałuję tego, że musiałam się od nich wyprowadzić. 


sobota, 6 kwietnia 2013

6.

Piątek-sobota

Wczoraj.


 Wróciłam do domu nie dość, że późno, to jeszcze padnięta, więc nie byłam w stanie dodać żadnego wpisu, dlatego też dzisiaj zrobię taki myk i napiszę o dwóch dniach. TAK BARDZO SPRYTNIE! Zacznę zatem od piątku. Dzień jak każdy inny bez szczególnych wydarzeń w szkole. Prawdę mówiąc mam lekkie zaćmienie i nie pamiętam, co dokładnie się działo, oprócz zabierania Arkowi telefonu przed geografią. Czułam się jak w podstawówce - bieganie po korytarzu, krzyki i szarpanie się o głupi telefon, ba! Jeszcze z podstawówkowo-gimnazjalną ekipą.
Wróciłam ze szkoły, pogadałam z mamą. Mimo jej dziwnego stanu umysłu, który ciężko mi określić, miewa momentami przebłyski racjonalnego myślenia i potrafi normalnie prowadzić dyskusję. Dzięki temu mogłam być wczoraj dłużej niż zwykle na mieście i może uda mi się wynegocjować możliwość wyjazdu pod koniec maja ze znajomymi. Sama nie wierzę w to, co piszę, ale mam nadzieję, że mi się uda. To byłoby wspaniałe. Póki co marzę o tym wyjedzie do Warszawy, czekam z niecierpliwością na informację od Oriany w sprawie repertuaru, pakuję torbę i mnie nie ma!

Alternatywny kuzyn Alek na Końcu Świata
z pierniczkową filiżanką kawy.
Popołudniem poszłam na angielski, którego okazało się nie być, więc przygarnęli mnie chłopcy z zespołu na próbę, następnie umówiona byłam z Olą, z którą poszłam na Koniec Świata, zając jakieś dogodne miejsce. Całe szczęście, że o tym pomyślałyśmy, ponieważ niemalże każdy stolik był zarezerwowany! Aż niemożliwe. Znalazłyśmy "ustronne" miejsce pod schodami- dwa fotele, malutki stolik i dwa pufy. Dla nas było w sam raz, jednak po jakimś czasie zaczęli zbierać się znajomi, których się nie spodziewaliśmy. W efekcie było nas jak to ktoś mądrze ujął "20 osób na metr kwadratowy". Ekipa była dosyć specyficzna, każdy zupełnie z innego otoczenia, ale i tak było całkiem fajnie. Mam nadzieję powtórzyć kiedyś wypad z podobną grupą znajomych, zdecydowanie.


Dzisiaj.

Spałam do późna i się nie wyspałam. Posprzątałam, pousuwałam zdjęcia z dysku i powspominałam Kortowo. Już nie mogę doczekać się wakacji i siłowni z panem Matkiem, warsztatów z aktorami i głupich akcji z Kubą i Sebastianem Piotrowicz! Szykują się najlepsze wakacje, szkoda tylko, że bez Sierzputyńskiej...
Wieczorem poszłam do babci, podniosła mnie nieco na duchu, później z ciocią. Zrobiłyśmy spaghetti, zjadłam i wróciłam. Jak weszłam do domu, tak dorwałam się do komputera. Aż niemożliwe, że tak sprawnie chodzi, nie mogę uwierzyć. Miłość życia.


czwartek, 4 kwietnia 2013

5.

4.04

Ciekawa data, czyż nie? Wracając ze szkoły miałam w myślach ułożony wpis, który chciałam opublikować na blogu, ale oczywiście zapomniałam. Jestem na siebie zła. Pocieszam się jednak ciepłą herbatką i Supernatural, który po raz kolejny zawiesza się na kinomaniaku, zmuszając mnie do czytania streszczeń odcinka. Chciałam zrobić zdjęcie cudownej twórczości z dzisiejszego wosu, ale zapomniałam. Dzisiaj w ogóle jest jakiś taki dziwny dzień, że o wszystkim zapominam, a na dodatek się stresuję, ponieważ nie oddałam usprawiedliwienia za ostatnie nieobecności, a było ich sporo. Jutro nie ma naszej wychowawczyni, a dyrektor sprawdza dzienniki, więc trochę jestem w czarnej dupie. Pomijając ten fakt i to, że znowu kłócę się z matką jest całkiem dobrze. Uwielbiam moją ciocię i wujka. Z nimi zawsze mogę się pośmiać z reszty rodziny i nigdy nie mają mi za złe, kiedy powiem co myślę. Wracając jeszcze do wydarzeń ze szkoły - na chemii (nie)stety nic się nie działo, jednak pozdrawiam Adę, z którą po raz pierwszy żebrałyśmy. Jesteśmy kompletnie spłukane. Ledwo uzbierałyśmy na trzy kajzerki i "milkusia", płacąc w samych miedziakach aż 3,83zł!

Śniadanie z biedronki za 3,83zł
Od kilku dni co noc śni mi się Kortowo. Nie wiem czy wynika to z tego, że boję się o brak miejsc na obozie, bo mamusia udaje, że chwilowo nie jest zdolna do jakichkolwiek wydatków. Udawanie trwa od listopada. Troszkę się stresuję tym wyjazdem mimo wszystko. Wiem, kogo tam spotkam po raz kolejny i biorąc pod uwagę kontakty, które zdążyły się tam nawiązać i wszelkiego rodzaju więzi, może być ciekawie, a kłótnia jest nieunikniona. Muszę tylko napisać do pana Matka, na który turnus jedzie, ponieważ nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek inny był moim wychowawcą...

Mam ochotę na kebaba i muszę przypomnieć sobie co chciałam napisać na blogu!

środa, 3 kwietnia 2013

4.

Środowe nieogarnięcie

Żaba z Kostaryki
Po wczorajszych sentymentalnych wiadomościach do późna i dziwnych pytaniach anonima na ask.fm, miałam mały problem, żeby wstać. Niestety tym razem nie mogłam sobie odpuścić niemieckiego. Opuściłam już tyle godzin, że mogą mnie nie klasyfikować  a no to pozwolić sobie nie mogę. W każdym razie w szkole było dobrze, muszę przyznać, że chodzę tam bardziej z przyjemności niż przymusu, co rzadko się zdarza. Momentami było dziwnie, a nasz moment twórczości uwieczniłam na poniższym zdjęciu, które przedstawia żabę z Kostaryki. Tak właśnie wyglądają lekcje edukacji dla bezpieczeństwa, prowadzone przez niezastąpioną panią Emanuelę B.T. Później mieliśmy dwie lekcje z absolwentem naszego liceum, który w tym roku kończy studiować prawo. Dostał jakieś stypendium z naszego powiatu i musiał wybrać jakąś szkołę, aby móc przeprowadzić właśnie prelekcję o prawach człowieka i tego typu sprawach. Zapowiadało się, że będzie nudno, a nie było w cale tak źle. Przyszły prawnik Adam ciekawie opowiadał i sądzę, że coś z tego wywnioskuję, ale to dopi
Rozpuszczone żelki z dekodera
ero wtedy, kiedy zacznę mieć ochotę, by pomyśleć. Następnie mieliśmy iść na jakiś spacer na wfie, ale schowałyśmy się z Adą, wdając się w głupie pogaduchy, które i tak były bardziej atrakcyjne niż spacerowanie w gronie zacnej klasy (UŚMIECH).

Wróciłam do domu, zjadłam obiad, poszłam do łóżka i tak leżę w tym łóżku i leżę, pijąc już chyba 4 kubek herbaty. Zabrałabym się za serial, ale wiem, że jeśli zacznę kolejny, szósty już sezon Supernatural, to nie będę w stanie się oderwać. Pewnie i tak zaraz odpalę pierwszy odcinek. Jak już jestem w tematach "supernatural", to jestem ciekawa, czy wydarzy się coś jutro na chemii...To dziwna sprawa, ale nie ma o czym mówić. Może to zwykłe zbiegi okoliczności.

A, no i mam nadzieję, że Warszawa na początku maja wypali...

wtorek, 2 kwietnia 2013

3.

Wolny wtorek

Czasami nie rozumiem moich znajomych, o których myślę, że wiem wszystko. A przynajmniej wystarczająco, aby móc przewidzieć ich kolejny ruch. W każdym razie dzisiejszy dzień był dosyć ciekawy. Można powiedzieć, że nieustannie coś się działo. Pospałam długo, później poszliśmy do MDK. Miała być próba, ale oczywiście jeden z Jeźdźców Apokalipsy się nie stawił, więc próba ostatecznie się nie odbyła. Nie wiadomo zatem, czy pojedzie się dalej ze spektaklem, czy też nie. Nieistotne. Następnie dla towarzystwa poszłam na moment na pogadankę z Grażyną, a później to już do domu. Ostatni raz widzieliśmy przed świętami, więc miło było spotkać się z Olą i Cieślikiem. Oczywiście nie obyło się bez zamieszania, jakim było usunięcie mi połowy rzeczy z laptopa i zrobienie wiosennych porządków na pulpicie. Mat-inf jednak do czegoś zobowiązuje. Tak czy siak, komputer faktycznie chodzi zdecydowanie sprawniej, więc dziękuję po raz kolejny.
Wieczorem też zdecydowałam się na wyjście. Mam nową ulubioną melasę - winogronową. Pierwszy raz w takim stopniu czułam smak winogron. Było fajnie.

 Jednak jestem naiwna i głupia, nie wiem dlaczego to robię. Szczególnie, że wiem, że nie robię dobrze. Muszę w końcu się zastanowić czego naprawdę chcę i ostatecznie robić to, co postanowię i uznam za słuszne. Generalnie stwierdzam, że zdecydowanie nie warto kierować się sercem i dzięki "błędom młodości" wiem, że nie zrobię tego nigdy więcej.


Podsłuchałam rozmowę matki z Endrju i muszę przyznać, że była dosyć ciekawa. Nie będę cytować, w każdym razie moim wnioskiem wyciągniętym z tego dziwnego dialogu jest to, że nienawidzę, kiedy ktoś w kółko powtarza te same argumenty. Nieważne w jakiej rozmowie, nieważne na jaki temat. Zawsze jedno i to samo. Nie wiem, jak można być takim człowiekiem, bez charakteru i własnego zdania, wciąż wmawiając jakieś pierdy, które nie są adekwatne do sytuacji. Drażnią mnie tacy ludzie, ale to chyba najłatwiejsze z możliwych rozwiązań.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

2.

Prima Aprilis 

Poranek idealny - spanie do późna, herbata, serial i mogę tak w nieskończoność. Jednak nic nie trwa wiecznie, a szczególnie miłe chwile. Niedługo po skończeniu drugiego odcinka, musiałam się ogarniać do wyjścia. Wręcz uwielbiam chodzić na obiady do teściów matki - wspaniali ludzie... Te sztuczne uśmiechy, nieudolne próby bycia miłym i uprzejmym - żałosne. Babcia mi wciąż powtarza, abym starała się być dla nich  sympatyczna i zachowywała się kulturalnie, jednak po tej dziwnej sytuacji, kiedy teściowa przyszła do nas myć okna (co jest dla mnie jakimś absurdem) i zjechała mnie z góry do dołu, twierdząc, że niszczę ich rodzinę. Tak, jakbym miała jakikolwiek wpływ na ich życie, coś wnosiła. Jest wręcz odwrotnie. Nawet matkę traktuję jak współlokatorkę, a z jej mężem nie zamieniłam słowa od listopada. Ale oczywiście, pani idealna ma rację.

Kira!
Koniec zrzędzenia.Posiedziałam, pośmiałam się z sucharów pana wszechwiedzącego i odwieźli mnie do domu. Poszłam do babci, bo co mogę robić sama w domu. Zjadłam pieczarki, ciasto i pośmiałam się z wujkiem. Takie rodzinne imprezy są mimo wszystko męczące, dlatego wybawieniem była Burygieł, która wyciągnęła mnie na KŚia. Na początku niechętnie po ostatniej środzie, ale jednak się przekonałam i było warto. Pośmiałam się, oderwałam na chwilę od rzeczywistości. Towarowy z Częstochowy zostanie moim ulubionym drinkiem.
Aktualnie zamulam na skype i z jednej strony jestem strasznie zadowolona i dumna, a z drugiej się zawiodłam i lekko podłamałam, ale takie życie. Nic nowego. Przynajmniej mam plany na jutro.