Chyba umrę. Wtorek, środa, czwartek, piątek? Naprawdę? Dlaczego nie miałam czasu, żeby wcześniej to uzupełnić? Nie wiem czy pamiętam w ogóle co się kiedy działo. Masakra.
Wtorek i Środa
Pamiętam, że we wtorek było straszne zamieszanie w szkole, przyszedł też tata Nędzy na przedsiębiorczość i czułam jego stres. To było bardzo dziwne, zazwyczaj jeśli czuję czyjś stres, strach, smutek, albo złe samopoczucie, to jest mi to bliska osoba, a tutaj? Pierwszy raz widziałam faceta na oczy. Nie wiem co o tym myśleć. Popołudniu poszłam z Olą do maka, zresztą jak co wtorek. Zawsze chodzimy do maka, bo później mamy angielski. Ewa z Barszczem dojeżdżają, zatem muszą sobie zorganizować jakoś ten czas i najbardziej atrakcyjną formą jego spędzenia jest właśnie posiłek w maku.
W środę miałam kartkówkę z niemieckiego ze strony biernej, mam nadzieję, że chociaż na 3 ją napisałam, bo mam straszne oceny... Martwię się o to, co wyjdzie mi z poszczególnych przedmiotów, naprawdę. Szczególnie chyba o fizykę i biologię, ponieważ z fizyki nie mam jeszcze żadnych ocen i co chwilę pan przekłada sprawdzian, a z biologii mam kapę na czysto, którą mogę poprawić dopiero po maturach. Zależy mi na dobrych ocenach, bo właśnie tegoroczne będę miała na świadectwie po 3klasie.
Czwartek i Piątek
Czwartek był jakiś taki szalony. Wszystko było dziwne i inne niż zawsze. W szkole, jak w szkole, później z Adą doczepiłyśmy się do paru osób w plenerze i czytałyśmy nasze dzieło o katapulcie na dachu w Mongolii. To nie było ani trochę śmieszne, a mimo to, kiedy ktoś to odczytywał na głos, płakałyśmy ze śmiechu. Potem poszłam do optyka, żeby podkręcił mi okularki. Miałam takiego stresa! Nie wiem czemu, ale wkręciłam sobie, że jestem pijana i że pani mnie nie zrozumie. Nie chciałam jej chuchnąć, bo bałam się, że zauważy, czy coś. A tak naprawdę nic mi nie było, zupełnie. Trzeźwość umysłu max. No, ale poszłam, zrobiłam, wyszłam i do domu. Posiedziałam na słoneczku, później zabrałam się za wypracowanie na polski i ogarniałam Pitagorasa. Chyba będzie w porządku. NAGLE zadzwonił telefon. Wyszłam na dwór i jak za starych czasów bawiliśmy się na placu. To aż mnie boli. Rekin w piaskownicy, przypały na domofonie, wożenie się na rowerach po kilka osób, śmiesznie było. Piąteczek również pod znakiem przypału. Poszłam do szkoły w najkrótszych szortach jakie miałam. Szczerze mówiąc - wszystkie są takie krótkie, ale nie miałam wyboru. Był taki upał, że ledwo żyłam. Po szkole ładnie wróciłam do domu, znowu pogrzałam zadek na słoneczku i poszłam na angla. po anglu przyjechał po mnie Szkopek, pojechaliśmy po Oświęcimke i sruuu przypałowy wieczór. W ogóle nie rozumiem, co ja robiłam wieczorem na podwórku z "ekipą" z dzieciństwa. Normalnie o tej porze siedzę gdzieś kulturalnie z ogarniętymi ludźmi i rozmawiam. Tym razem oczywiście wożenie się i ściganie Jolanty na rowerach po osiedlu, YOLO i inne dziwne rzeczy. Wiem tylko, że tyłek będę leczyć parę dni.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz