środa, 4 września 2013

36

Środa


Urodzinki mojej najwspanialszej Dżoany, którą kocham nad życie i dziękuje, że jest i ze mną wytrzymuje!

Dzień jakiś taki nijaki. Zaczęło się niby źle, bo od niemieckiego o 8 rano, ale w sumie nie było tragedii. Całą lekcję biegaliśmy po krzesłach, żeby pani zapamiętała nasze imiona. Było co najmniej śmiesznie. Reszta lekcji jakoś zleciała, bez większego szału. Poźniej poszłam do babci, z którą odbyłam poważną rozmowę, zjadłam najlepsze pierogi pod Słońcem i pojechałam do lekarza. Przeraził mnie widok młodszych ode mnie, młodych mam. Następnie odrobiłam ładnie zadanie z polskiego, spotkałam się z Anoreksją i jak wróciłam tak siedzę przed laptopem z ogromnym bólem pleców. Zdecydowanie potrzebuję masażu. Poza tym jestem w trakcie załatwiania sobie partnera na półmetek. Oby wszystko poszło zgodnie z moim planem! Tak bardzo bym chciała.  Chyba aktualnie jak niczego innego, naprawdę. Zaraz położę się do łóżka z Cierpieniami młodego Wertera i zasnę, żeby jutro na spokojnie wstać rano i pójść po Anoreksję.

wtorek, 3 września 2013

35

Poniedziałek i wtorek


Postanowiłam sobie wrócić do trybu dziennego i zacząć wpadać tutaj częściej niż zdarzało się to ostatnimi czasy. Zacznę od wczoraj.

Rozpoczęcie miałam na 9, zatem nie wyspałam się jakoś szczególnie, mimo, że nie poszłam spać późno. Na spokojnie się ubrałam i wyszłam z domu. Nierówne chodniki wydawały się być jeszcze bardziej krzywe niż zwykle, a nogi niewyobrażalnie ciężkie, ale udało mi się dotrzeć na czas. Oczywiście szczery uśmiech zagościł na mojej twarzy, kiedy zobaczyłam moją najlepszą klasę pod słońcem (taki żarcik). Bez zbędnych rozmów weszłam do klasy, gdzie dosyć sprawnie potoczyła się teoretyczna część spotkania. Jako pierwsza wyszłam z sali i bez zastanowienia ruszyłam w kierunku domu, gdzie wróciłam do wakacyjnego stroju codziennego, położyłam się na kanapie pod kocem z laptopem na kolanach, Zagadkami Umysłu w tv i płatkami z miodem. Poleniuchowałam tak dłuższą chwilę, po czym przeniosłam się do siebie, bo wróciła mama. Jakoś wolę unikać kontaktu z nią. Wieczorem poszłyśmy sobie z Anoreksją na spacer do parku, na naszą idealnie zakamuflowaną miejscówę. Pogadałyśmy, zjadłyśmy musli i poszłyśmy dalej. Później nie miałam już na nic ochoty, więc wykąpałam się i przetransportowałam z laptopem do łóżka.

Dzisiejszy dzień jako pierwszy w szkole muszę dodać do udanych. Dostaliśmy najlepszych możliwych nauczycieli na rozszerzenie i przedmiot uzupełniający, grupy są w sam raz i przede wszystkim jest spokojniej niż wcześniej, kiedy na każdej lekcji było 32 osoby. Zostałam przewodniczącą klasy, co uważam za bzdurę i największą pomyłkę ostatnich dni. Po szkole poszłyśmy na gofry, a później spacerkiem do domu. Zgubiłam oczywiście parasol, a w zasadzie to zostawiłam na krześle, ale nieważne. Zaraz zrobię sobie herbatkę, przeczytam kolejny temat z historii i poczekam na info od Anoreksji, czy wpada na bułki w jajku. Poza tym oficjalnie zapominam o pierdach z wakacji. Ciągle.

niedziela, 1 września 2013

PODSUMOWANIE

Podsumowanie wakacji

Dżoana
Wczoraj leżąc w łóżku przyszło mi do głowy, żeby zrobić podsumowanie całych dwóch miesięcy obijania się. Myślę, że będzie dla mnie pomocne. Poukładam sobie wszystko w głowie, pewne sprawy zostaną zamknięte. Zaszufladkuję każdą drobnostkę, by móc zacząć nowy rok szkolny z czystym umysłem. Prawdę mówiąc, chyba sama się oszukuję. Nie jestem w stanie odciąć się od niektórych spraw, ale przynajmniej spróbuję. 

Początek wakacji był wyjątkowo spokojny. Większość czasu spędzałam regenerując siły w łóżku z herbatką i świetnym serialem. Pozostała część dnia była zajęta spotkaniami ze znajomymi, których nie było zbyt wiele. To był mój świadomy wybór. Potrzebowałam czasu, spokoju i samotności. Myślę, że miało to na mnie dobry wpływ. 
W ten sposób spędziłam dwa tygodnie. Najwspanialszą częścią wakacji był wyjazd do Kortowa. Jest to już prawie rytuał. Co wakacje jadę tam, aby nabrać sił i spędzić czas w najpiękniejszym miejscu w Polsce z najcudowniejszymi ludźmi i w najlepszej atmosferze. Może jest to typowy tekst osoby, która wróciła z fajnego obozu, ale wiem co mówię. Jeżdżę na obozy od najmłodszych lat, bywałam w różnych miejscach i NIGDZIE nie jest tak dobrze jak w Kortowie. W tym roku zawarłam szczególnie ciekawe znajomości. Najbardziej dumna jestem z mojej Dżoany, z którą szybko odnalazłyśmy wspólny język. Odkryłyśmy, że wiele nas łączy. Będę pielęgnować tę znajomość, aby przetrwała jak najdłużej, ponieważ wiem, że rzadko spotyka się takich ludzi w życiu. 
Kolejną wydawać by się mogło super znajomością, jaką nawiązałam, była znajomość z jednym z kadrowiczów. Nie spodziewałam się, że może to zajść aż tak daleko i może właśnie dlatego było to z góry spisane na porażkę. Niezdrowe są takie relacje. Teraz jestem tego świadoma, wcześniej nie byłam, dlatego wciąż się leczę z tego wybryku. Mam za to nauczkę na przyszłość. 1. ZAWSZE będę się słuchać wujka Matka. 2. NIGDY nie dam się wciągnąć w tego typu relację z osobą, która jest nade mną. Nieważne kto to będzie. Chociaż nie żałuję niczego, bo muszę przyznać, że czułam się w naprawdę dobrze i było mi przede wszystkim dobrze, poza tym wiem, że było to obustronne. Cóż, takie znajomości nie mają prawa bytu, tak musiało być i nie ma co drążyć. 
Po powrocie z Kortowa zaczęłam bardziej korzystać z wakacji. Wpadło kilka świetnych sesji, trochę zarobiłam. Odwiedziłam Dżoanę dwa razy, w tym raz zawitałam u niej na dłużej. Podczas tego wyjazdu miałam okazję być na domówce życia. Była naprawdę najlepsza. Poznałam mnóstwo świetnych osób, z którymi mam nadzieję będzie dane utrzymać mi kontakt. Spotkałam się również wtedy z jedną osobą, która lekko zawróciła mi w głowie. Pierwszy raz w życiu byłam w takiej sytuacji i podobało mi się. Żałuję, że oboje jesteśmy świadomi odległości i wszelkich utrudnień, które stoją nam na drodze. 



PODSUMOWANIE:
Wakacje zaliczam do jak najbardziej udanych. Wiele się nauczyłam, poznałam mnóstwo fantastycznych osób, dzięki którym wiem więcej również o sobie. Spełniłam się. Miałam okazję poznać wiele osób, z którymi będzie mi dane nawiązać współpracę jeszcze wiele razy. Zarobiłam pierwsze pieniądze pracując samodzielnie poza miastem. Mam nauczkę na przyszłość i wierzę, że nie popełnię więcej tych samych błędów.

czwartek, 1 sierpnia 2013

32

Zdecydowanie gorsze dni za mną jak i przede mną. Dużo spraw do pozałatwiania, wielu ludzi do ogarniania. Kolejną noc spędzam u babci, już niestety nie w pełnym gronie rodziny. Można powiedzieć, że było to jedynie kwestią czasu, mimo wszystko wydarzyło się niespodziewanie i za wcześnie. Chociaż zawsze dla rodziny takie wydarzenia będą ZA WCZEŚNIE. Zawsze będzie jakieś "ale" i milion myśli co jeszcze mogło się zrobić. Siłą rzeczy czasu się już nie cofnie, a co się stało to się nie odstanie, zatem zostają tylko wspomnienia i godne uczczenie pamięci. 

Nie mam ochoty na nic. Próbuję się twardo trzymać, ponieważ wiem, że potrzebuje tego moja babcia i w mniejszym stopniu ja. Jeszcze z moimi problemami z okazywaniem emocji i uczuć, które momentami ułatwiają mi zadanie, wiem, że pewnego razu nie wytrzymam i coś we mnie pęknie, a wtedy przez długi czas nie będę w stanie zebrać myśli i samej siebie, by normalnie funkcjonować. Jestem niezmiernie wdzięczna za wsparcie jakie mam w ważnych dla mnie osobach. Wiem, że mogę na nich liczyć i pomogą mi. Cieszę się, ze mam kogoś takiego. Żałuję jedynie, że nie na tyle blisko, jakbym tego chciała. Nie można mieć wszystkiego, dlatego wystarcza mi to, co mam. 
moje kochanie, które mnie wspiera i pomaga i jest ze mną,
kiedy tego potrzebuję.


niedziela, 28 lipca 2013

31

Jestem po obozie. Jeszcze nawet nie zdążyłam się do końca rozpakować, a co dopiero poukładać sobie wszystkiego w głowie. Muszę przyznać, że było to fantastyczne 10 dni, które na pewno będą miały wpływ na moje dalsze życie, rozumowanie i postrzeganie świata. Ludzie, których poznałam zmienili mnie. Wnieśli coś do mojego małego świata. Zauważyłam, że każdy krótszy bądź dłuższy wyjazd zmieniają coś we mnie. Przełamują pewne bariery, które wytworzyły się z różnych względów. Dla niektórych jest to tylko, a dla innych aż 10 dni. Dla mnie było to zdecydowanie za mało, ale wystarczająco, by zdążyć się namyśleć, odpocząć i nabrać energii.
jedno z piątkowych zdjęć
Dużo różnych sytuacji miało tam miejsce. Olsztyn, a dokładniej samo Kortowo jest dla mnie szczególnym miejscem już od paru lat. Lubię tam wracać, wręcz czuję taką potrzebę. Jest tam kilka zakamarków, o których możliwe, że wiem tylko ja, do których przychodzę w trudniejszych chwilach. Tak samo było tym razem. Są to miejsca odosobnione, głęboko w lesie przy jeziorku, gdzie jedynymi śladami istnienia życia, są małe ślady nóżek ptaszków. Tym bardziej uwielbiam tam przebywać, bo wiem, że jestem tam zupełnie sama i nikt mnie nie znajdzie. Każdy chyba potrzebuje takich miejsc. Swoich małych azylów.
Liczę, że niektóre z zawartych tam znajomości przetrwają bardzo długo. Będę je pielęgnować i starać się, by wszystko było w porządku. Poszczególne są dla mnie wyjątkowe, ważne.

Po obozie, zaraz w piątek miałam sesję w Rybniku, która ku mojemu zaskoczeniu, mimo zmęczenia i wyczerpania, wyszła jak najbardziej na plus. Jestem niezwykle zadowolona i muszę przyznać, że z sesji na sesję idzie mi coraz lepiej.

czwartek, 11 lipca 2013

30.

Minęło kilka dni od ostatniego wpisu, ale przynajmniej jest o czym pisać. Jak wspominałam poprzednio, początek wakacji był dosyć spokojny. Nie chciałam. Nie miałam ochoty. Mam jakieś gorsze, ciche dni. Od blisko miesiąca. Prawdę mówiąc niewiele się zmieniło. Są tylko plany i wielkie odliczanie do wyjazdu. Naprawdę potrzebuję spędzenia kilku dni z dala od tego wszystkiego. Ostatnio coraz częściej mam takie momenty słabości, w których jedynym ratunkiem jest opuszczenie tego strasznego i przytłaczającego miejsca, które bynajmniej nie pomaga w jakiejkolwiek regeneracji czy też chwili wytchnienia.
kolejne spontanowe niedzielne stare
czerwcowe
Każdy dzień w tym tygodniu był taki sam. Spanie do 11, śniadanie, tv, odwiedziny babci i dziadka, powrót do domu, tv, problemy z zaśnięciem, aż w końcu w okolicach godziny 3 w nocy udaje mi się zasnąć. Taki plan dnia wbrew pozorom jest wyjątkowo męczący. Najgorsze są wieczory, podczas których same z siebie przychodzą różne myśli. Coś jak podsumowanie dnia. Trudno jest to przejść bez uronienia łzy. Szczególnie, kiedy każdego dnia obserwuje się stratę jednej z najbliższych osób. Pisałam już o tym, więc nie ma powodu, aby się powtarzać. Atrakcją tego tygodnia był piknik z Ewą, który byłby idealny, gdyby nie komary i inne robactwa. Dzisiaj zakupy przedobozowe. Kupiłam najpotrzebniejsze rzeczy i mam z głowy już wszystko, ponieważ wstępną selekcję przed pakowaniem zrobiłam na początku tygodnia. Także teraz wypchana walizka czeka jedynie na kosmetyczkę. Na jutro zaplanowane są zdjęcia. Po raz pierwszy nie cieszy mnie to. Jest mi to obojętne, a momentami nie chce mi się po prostu. Mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku i zdjęcia wyjdą wspaniałe - mimo wszystko.

niedziela, 7 lipca 2013

29.

Po prawie miesięcznej przerwie dodaję wpis. Jak łatwo się można domyślić tak jak prowadzenie dziennika, tak samo wygląda sprawa reszty moich postanowień. Chociaż nie wszystkich. Z dumą muszę przyznać, że te najtrudniejsze idą mi najlepiej. Ograniczam tak bardzo kontakty, że przez cały pierwszy tydzień wakacji nie widziałam się z nikim. No, oprócz klasowego ogniska w poniedziałek. Cały, calusieńki tydzień, który w normalnych okolicznościach spędziłabym na piciu, wieczornych wyjściach i dzikich szaleństwach, spędziłam kulturalnie na działce z babcią. W efekcie ani milimetr mojego ciała nie jest nienaruszony przez komary i inne dziwne gryzące robactwa. Namęczyłam się chyba za cały rok. Kopiąc, plewiąc, podlewając, kosząc, chodząc po drzewach i zabijając ślimaki. Aż boli mnie krzyż. Nie przypuszczałam, że dowiem się jak to jest w tak młodym wieku. Czy jestem z siebie dumna? Nie mam pojęcia. Czuję się rozdarta. Z jednej strony cieszę się, że trwam w postanowieniu już tak długi czas, a z drugiej...szkoda mi trochę tego czasu i znajomości. Wmawiam sobie, że to dla mojego dobra. Nie przyzwyczajamy się, nie przywiązujemy. 
a to tam takie czerwcowe

Babcia upiekła jakiś chlebek watykański. Kazała mi go zjeść i pomyśleć życzenie. Nie wiem o co chodzi, ale brzmi groźnie. Będę musiała poczytać o tym trochę. Poza tym obejrzałam tak wiele filmów w ciągu ostatnich dwóch tygodni, że powinni mi za to płacić. Przynajmniej mam świetnego doradce i nie żałuję, że poświęciłam tyle czasu na siedzenie przed ekranikiem. 

czwartek, 13 czerwca 2013

28.

Czwartek!

Ach, co za dzień! Aż dziwne, że jeszcze nie zasnęłam na siedząco. Na szczęście wpis tutaj jest ostatnią czynnością, jaką mam zaplanowaną na dzisiaj. Ale może od początku.
spontan niedzielny i zapowiedź dziś
chociaż wcale niepodobne!
Wciąż czekam i się niecierpliwię na umowę, a jej jak nie było, tak nie ma. Stresuje mnie to, chociaż wiem, że ją dostanę. W szkole od rana całkiem dobrze, mam 4 na koniec z biologii, zatem jeden przedmiot z głowy. Teraz tylko ciężki weekend z chemią i polskim, ale coś za coś. Po lekcjach pędem do domu po rzeczy i na obiad, którego nie miałam zamiaru zjeść, ale zostałam zmuszona... Z mnóstwem rzeczy i workiem na trupa zabrałyśmy się na makijaż, który mimo swojej delikatności i dziewczęcego wdzięku, okazał się być ciekawym dodatkiem do całej stylizacji na zdjęcia. Nie mówiąc już o fryzurze, którą byłam zaskoczona. Do tej pory siedzę w spiętych włosach i szkoda mi wyjąć z nich choć jedną wsuwkę! Sesję można zaliczyć do udanych z czystym sumieniem. Wydaje mi się, że Kraków wpłynął na mnie pozytywnie i więcej z siebie daję, co można będzie już niedługo zobaczyć. Było śmiesznie, ale też konkretnie. Usiadłam nawet na mrowisko. Czekam z niecierpliwością na efekty, które mam nadzieję - już jutro zobaczę. Zabrałam się niedawno za wypracowanie na polski, ale jestem zbyt zmęczona, aby cokolwiek napisać. Po notce można zauważyć, że to nie ma rąk i nóg, dlatego powoli zmierzam ku końcowi. Czeka na mnie łóżeczko, ale zanim się do niego wpakuję, wejdę jeszcze do kuchni i pójdę po pieska. Lubię z nią spać. Czuję się mniej samotnie. LALALA, już robi się smętnie.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

27.

Trochę znowu dałam ciała z pisaniem, ale miałam napięty grafik. W niedzielę byłam na spontanicznych zdjęciach, które swoją drogą mimo ogromnego nieogarnięcia wyszły całkiem dobrze, a dzisiaj wczesna pobudka i Kraków. Nie chcę pisać tutaj o tym jak bardzo na kim się zawiodłam lalalala, bo to nieważne. Ważne, że jestem o krok od spełnienia marzenia. W zasadzie już się spełniło, ale tak nieoficjalnie, więc siedzę cicho. W każdym razie - podróż przekimałam na niewygodnych tylnych siedzeniach autobusu. Jestem dumna z siebie, że wypiłam tylko soczek pomarańczowy, który zapchał mnie na tyle, ale zjeść dopiero po załatwieniu spraw, ale muszę przyznać, że wtedy zjadłam aż za dużo, w efekcie powrót z Krakowa również przespałam na tylnych siedzeniach autobusu. Może zacznę od początku. Zaraz rano spotkałyśmy się z Koszelą, który swoją drogą jest przekochany i tak bardzo jestem mu wdzięczna. Poszwędaliśmy się po galerii, kupiłam strój kąpielowy, przy którym było mnóstwo śmiesznych sytuacji. Później poszliśmy na wcześniej wspomniany sok, a kolejnym punktem wycieczki była ławeczka nad Wisłą, na której także było przezabawnie. Nie chciałam tak bardzo wracać do domu! Gdy już prawie wybiła 14 zaczęliśmy się zbierać, oczywiście okazało się, że zamiast na Straszewskiego mieliśmy być przy galerii, więc kolejne kilosy bez sensu zaliczone, za to było śmieszne. Na miejscu spotkałam się z wieloma sympatycznymi osobami, a przyznam, że spodziewałam się czegoś innego. Myślałam, że zostanę skrytykowana i wylecę z płaczem. Ku mojemu zdziwieniu było przyjemnie. Zero stresu. Zrobiłam co miałam zrobić, pośmiałam się, porozmawiałam i jestem zadowolona. Mam nadzieję, że oni również. Przynajmniej w połowie tak jak ja. Po wyjściu polecieliśmy od razu coś zjeść. To było wspaniałe. Czekałam na to od niedzielnego wieczoru, kiedy powoli zaczynałam czuć głód. Napchaliśmy się różnościami, po czym udaliśmy się na dworzec i czekaliśmy na autobus. Znowu było śmiesznie! Powrót przespałam.
Dalej trudno mi uwierzyć w to, co dzisiaj mnie spotkało. Wydaje się to być za piękne, aby mogło być prawdziwe. Czekam na pierwsze zadanie do wykonania z niecierpliwością.

środa, 5 czerwca 2013

26.

Środaaa

KAMIEŃ SPADŁ MI Z SERCA! Nie wiem czy kiedykolwiek czułam taką ulgę jak dzisiaj, właśnie w tym momencie. Aż trudno mi uwierzyć, że jednak wszystko idzie w dobrym kierunku! Ale po kolei:

Rano odpuściłam sobie niemiecki, wiem, że jestem zła i powinnam chodzić na lekcje, ale byłam zmęczona jak nigdy po wczorajszym Krakowie, a te spanie 47 minut dłużej pomogło zdecydowanie. Przywitało mnie zastępstwo z edukacji dla bezpieczeństwa, a na nim kartkówka! Całe szczęście nie była taka straszna, więc myślę, że nie będzie tragicznie. Reszta zajęć zleciała dosyć szybko - może dlatego, że nie poszłam również na dwie ostatnie lekcje, jakimi był wf. Gdyby nie rąsia, poskakałabym znowu przez kozła, ale nie ma opcji. Kazano mi uważać na nią, zatem uważam.
Cały dzień się stresowałam. Nie wiem czy kiedykolwiek w życiu tak długo byłam tak spięta! Nie miałam z kim jechać do Krakowa w piątek, Koszeli też wtedy nie będzie, więc nie byłabym w stanie sobie tam poradzić, zresztą ważniejszym powodem zdenerwowania była odmowa mamy na samodzielny wyjazd. Całe szczęście zrobili konferencję, na której ustaliliśmy, ze mogę przyjechać w poniedziałek. Będzie tam również Kacper, także poradzimy sobie. Wiem już co wziąć i w ogóle. Bardzo się cieszę! Chociaż jeszcze nic nie jest pewne.

wtorek, 4 czerwca 2013

25.

Krakowski Wtorek


Dzisiaj byliśmy na wycieczce w Krakowie. Od wczorajszego obiadu do dzisiaj, a konkretnie popołudnia nie mogłam nic jeść, ponieważ miałam iść na "casting". Oczywiście jak okazało się po fakcie nie robili mi jednak  polaroidów, więc mogłam spokojnie jeść, jeść i jeszcze raz jeść
. Natomiast wychodzę z założenia, iż strzeżonego Pan Bóg strzeże, więc nic mi się nie stało. Wcześniej byliśmy na The Human Body Exhibition i muszę powiedzieć, że zawiodłam się. Liczyłam na coś, co mną wstrząśnie. Coś, co będę miała ciągle przed oczami i coś co zdecydowanie mnie odmieni, a okazało się to być na tyle sztuczne, że mało wiarygodne. Nie przekonało mnie to na tyle, aby realnie przejąć się faktem, że patrzę właśnie na spreparowane ciało martwego człowieka. Jedyną ciekawą według mnie częścią wystawy była sekcja o zarodkach. Ciała noworodków, zarodków w różnych stadiach rozwoju były naprawdę ciekawe! Prawdę mówiąc nie myślałam wtedy o tym co oglądam, bo stresowałam się spotkaniem i rozmową, która okazała się być bardzo przyjemna. Poznałam szefa i jedną z lepszych modelek agencji, która dwa razy robiła okładkę do Vouge. Było to dla mnie ogromne przeżycie. Do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Kazano przyjechać mi w piątek, w celu ustalenia szczegółów, zatem nie powiem nic więcej na ten temat. Zobaczymy co z tego będzie, ale myślę, że może być ciekawie. Generalnie dzień zaliczam do udanych, nie myślałam w ogóle o codzienności. Zaszyłam się z Florence & The Machine i moimi pseudoschizującymi wyobrażeniami siebie w piątek i przyszłości jeśli wszystko pójdzie tak, jak chciałabym, aby poszło. Od tego wszystkiego boli mnie głowa, ale to nieistotne. Cieszę się, że spędziłam ten dzień z Kacprem i Natalią.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

24.

Poniedziałek.

Dzisiaj już bez większych problemów dotarłam do laptopa, zatem na spokojnie mogę dodać kolejny bezsensowny wpis, w którym opiszę swój jakże ciekawy dzień. Bez owijania w bawełnę.
Wstałam rano z wielkim bólem i niechęcią. Niemiecki na pierwszej lekcji nie jest wymarzonym początkiem dnia, a co dopiero tygodnia. Na szczęście nie było tak tragicznie, w sumie nic nie robiliśmy, a pani nie miała nawet naszego dziennika. Kolejną lekcją była historia, na której przysypiałam. Jakoś wyjątkowo długo nie mogłam się rozbudzić. Religię spędziłam leżąc w łączniku z wspaniałą muzyką. Ciekawostką jest, że słuchawki pożyczyłam od Nędzy, ponieważ pewien upierdliwy delikwent nie ma zamiaru oddać mi moich. Słuchawki pożyczyłam również na dzień jutrzejszy, ze względu na wyjazd do Krakowa. Następne trzy lekcje  były językiem polskim, lubię ten przedmiot. Poza tym przepadła nam matematyka. Czego chcieć więcej? 4+ i 5 z angielskiego? Gratuluję sama sobie. To święto, zważając na to, że profesorek mnie nie darzy sympatią. Następnym szokiem dnia była 4 z wypracowania maturalnego z j.polskiego. Jestem naprawdę zdziwiona, ponieważ zawsze wychodziłam poza klucz. Nie potrafię pisać zgodnie z tym wymyślnym głupstwem. Na wfie skakałyśmy przez kozła. Nie rozumiem dlaczego w gimnazjum nie miałam najmniejszych problemów z tym ćwiczeniem. Aktualnie jest to dla mnie jakiś koszmar. Boję się, mam jakąś blokadę i nie jestem w stanie tego zrobić. Nie ufam naszej nauczycielce. Myślę, że głownie przez to sytuacja tak wygląda. Muszę się przemóc, koniecznie. Po lekcjach poszłam z Burgieł do lumpa, znalazłam tam kilka bardzo fajnych ubrań, niestety wszystkie były na mnie za szerokie. Nienawidzę siebie za to, naprawdę. Wracając rozmawiałam z Koszelą. Mam na jutro misję, która strasznie mnie stresuje. O niej jednak wspomnę w kolejnym wpisie.

niedziela, 2 czerwca 2013

23.

23.

Wiem, że zaniedbałam ZNOWU, ale tym razem z premedytacją. Nie chciałam pisać o ostatnich dniach. Trochę wychodzi ze mnie tchórzostwo i chęć uniknięcia za wszelką cenę nieprzyjemności, ale taka już jestem - słaba z natury. Na swoje usprawiedliwienie nie mam wiele, oprócz tego, że te dni nie należały do udanych. Dużo myślałam, może nawet za dużo, a przede wszystkim wyznaczyłam sobie nowe cele i myślę, że zakończyłam pewien rozdział w moim życiu. Co prawda nieoficjalnie, bo oficjalny będzie dokładnie w połowie tego miesiąca, ale to już i tak ogromny krok w tym kierunku. Nie wiem czy powinnam być z siebie dumna, ale mam nadzieję, że wyj

dzie mi to na dobre. We wszystkim wspiera mnie Ewa, która możliwe, że to przeczyta, więc dziękuję, za Twój surowy wzrok, który jest jednoznaczny podczas moich dziwnych zachowań i skoków w bok z mojego planu.

W skrócie wszystko co pamiętam:

Ogólnie ujmując miałam ostrą jazdę z nauką. Siedziałam dniami nad biologią i historią, nie napisałam niestety zadowalająco, ale myślę, że tragedii nie ma. Szkoda, bo naprawdę się starałam. Dni wolności i poczucia bezpieczeństwa się skończyły - tyran wrócił do domu i nie wybiera się nigdzie w najbliższym czasie, zatem zapowiadają się wspaniałe dni spędzone w pokoju z herbatą i książką.
Ubiegły tydzień mimo wszystko nie był jakiś bardzo straszny. Był niesympatyczny, ale czas spędziłam miło i nie mogę zaprzeczyć. Poniedziałek był pracowity z wyżej wymienioną biologią, we wtorek wczesnym porankiem poszliśmy śmiecić do Cieślika, spędziliśmy tam wieczór, a później poleciałam napisać biologię, następny był sprawdzian z matmy, na który niestety nie byłam przygotowana. Popołudnie spędzone również na świętowaniu osiemnastki. Środa bez szaleństw za dnia, natomiast wieczór był przedni. Spędzony z ludźmi z gimnazjum, naprawdę kupa śmiechu! Trochę inaczej niż zwykle, odpoczęłam i zapomniałam na chwilę o Bożym świecie. Czwartek przeleniuchowany. Piątek już bardziej pracowity - 3godziny lekcji angielskiego, na którym zamówiliśmy pizze. Później poszliśmy na pola i jakoś przeleciał dzień. Mogłabym rozpisać się tutaj bardziej, ale to jeden z tych dni, o którym wole nie pisać nic. Sobota - Dzień Dziecka. Pogoda nie dopisała, ale ciocia spisała się na medal. Obiad był wyśmienity, a leniuchowanie na Ocicach zawsze jest w porządku. Dzisiaj skończyłam oglądać Supernatural. Nie jest mi dobrze z tego powodu, ponieważ muszę czekać aż do października na kolejny sezon, o ile w ogóle mają zamiar go nakręcić. Nie wiem co teraz będę robić. Był to jeden z lepszych seriali, który kiedykolwiek oglądałam. KOCHAM DEANA.

środa, 22 maja 2013

22.

Gratuluję sobie wytrwałości w postanowieniu, jakim miał być ten dziennik. Nie mam czasu! Co chwilę coś. Już mnie to męczy. Koniec usprawiedliwiania się! Do rzeczy.

Skrótowy opis - sobota->środa.

Sobotę przeleniuchowałam do popołudnia. Następnie poszłam do babci. Pomogłam jej poprasować. Żelazko było złośliwe! Ciągle kapała z niego woda, a para robiła mi inhalację przez całe prasowanie. Zostałam tam do późnego wieczoru, pomagając jeszcze w różnych innych pracach. Po powrocie do domu powędrowałam bezpośrednio do łóżka, a w nim oglądałam moich najwspanialszych Winchesterów.
Niedziela była równie leniwa, mimo ambitnych planów. Niestety ostatnio wszystko co zaplanuję trafia cholera, w efekcie spałam do 10 i podreptałam do babci, gdzie zjadłam pyszny obiad. Wzięłam tam sobie książki, żeby się pouczyć, ALE (bo zawsze jest jakieś ale) kiedy zadzwonił wujek, że po nas przyjedzie i popołudnie spędzimy u nich, zapomniałam o tym, że wyjęłam je z plecaka. Takim sposobem całą niedziele przeleżałam w ogrodzie na huśtawce, jedząc truskawki i pijąc mrożoną kawę.
Poniedziałek był pracowity i straszny. Naprawdę. Nie chciałabym przeżyć kolejnego takiego dnia. W szkole jak to w szkole, nic ciekawego. Zwolniłam się z wfu, aby móc pojechać z Sandrą ogarnąć półmetek. Wysiadłyśmy niestety przystanek za daleko i musiałyśmy iść piechotą prawie 3km w upale poboczem. Strasznie męczące, szczególnie, że miałam buty na koturnie, ale nieważne. Idąc tak i idąc zauważyłyśmy malutką sarenkę, która wyszła z pola i weszła na drogę. Była wielkości przeciętnego kundelka. Kiedy była już prawie koło nas znikąd pojawiło się auto, jadące bardzo szybko. Potrąciło ją i nie zatrzymało się. Byłam w szoku. Nigdy nie widziałam nic równie przerażającego. Szczególnie, że zwierzętami przejmuję się wyjątkowo. Krzywda ludzi nie jest dla mnie tak istotna, jak zwierząt. Prawie płakałam. To było coś okropnego. Dałam Sandrze moją kurtkę, a sama wzięłam sarenkę na ręce i zaniosłam na pobocze. Chwilę przy niej byłyśmy, po czym kontynuowałyśmy spacer do "Rege". Ten widok chodzi za mną do teraz. Wystarczy, że zamknę oczy i widzę te małe zwierzątko. Nie mogę się pozbierać.
Wtorek był jak każdy inny, ale z trochę inną ekipą. Ewa nie była do dyspozycji, więc na szybko szukałam towarzystwa. Z Kocielską i Cwikiem poszliśmy do maka, gdzie doszło do nas w późniejszym czasie paru znajomych. Śmiechy, chichy, każdy musiał iść w swoją stronę. Miałam jeszcze trochę czasu do angielskiego, zatem wzięłam rower Kocielskiej i powoziłam się po mieście. Po lekcji pojechałam po nią i poszłyśmy do mnie. Przetłumaczyłam jej opowiadania na angielski, zjadłyśmy pączki, wypiłyśmy herbatę i tyle dobrego.
Środa, czyli dzisiaj. Nie poszłam do szkoły, z powodu złego samopoczucia. Miałam pouczyć się historii, ale wyszło, że spałam do 12! Nie wiem jakim cudem. Na 13 musiałam być u babci, więc niewiele zdążyłam zrobić. Zjadłam obiad, poopalałam się na balkonie i wróciłam do domu. Zabrałam się od razu za projekt na chemię. Nie obyło się bez zdenerwowania. Jedna osoba z grupy wysłała mi na czas swoją partię materiału. Całą resztę musiałam robić sama. Nienawidzę prac w grupach. Zobaczymy co z tego będzie. Tymczasem zabieram się za angielski i teorię z informatyki. Mam nadzieję, że dobrze mi pójdzie, ponieważ zależy mi. Naprawdę.

piątek, 17 maja 2013

21.

I z dziennika zrobił się tygodnik? Naprawdę rzadko korzystam z komputera. Nie potrafię wygospodarować czasu, aby móc coś tu napisać i jest mi z tym źle. Na szczęście nic szczególnego nie działo się w tym tygodniu. Byłam jedynie na komunii, na której prawie się popłakałam. Nie rozumiem ludzi, którzy krzywdzą zwierzęta i sprawia im to radość. Nie mogę pojąć jak można być tak nieczułym. Na samą myśl serce mi pęka. Nigdy nie zrozumiem zachowania rodziny tego kretyna, ale przynajmniej wiem, że mają niektóre cechy  i zachowania genetycznie uwarunkowane.
urodzinowy wonsz

Jedynym dniem, o którym mogę coś więcej napisać jest dzień dzisiejszy - piątek.

Bez większego problemu wstałam i zebrałam się sprawnie do szkoły, co w tym tygodniu nastąpiło po raz pierwszy, ponieważ przestawiam się jeszcze z Warszawskiego stylu życia.W szkole oczywiście nic ciekawego. Miałyśmy straszny problem ze zjedzeniem marchewek, ponieważ każdy z ciekawością oglądał co jemy i chciał trochę. Nie dałyśmy się jednak zwieść tym uśmieszkom. Po szkole poszłyśmy do lumpa. Kupiłyśmy dwie szalone bluzki, które zostaną wykorzystane do zdjęć. Nie mogę się już doczekać. Poza tym zajmuję się organizacją półmetku, więc mam strasznie dużo roboty, na domiar złego irytują mnie ludzie. Mam tak nieogarniętą klasę, że słabo mi na samą myśl. Ludzie! Dorośnijcie. Wracając do dnia dzisiejszego. Wieczorową porą wpadła Koscielska, później poszłyśmy do niej, żeby się przebrała. Pogadałam z jej mamą - przekochana kobieta. Następnie spotkaliśmy się w parku. Kolejnym punktem wycieczki było hebe, dalej 13, a na końcu standardowo mak, gdzie zjedliśmy kurczaczki. Uwielbiam te wieczory. Najlepsze na koniec oczywiście. A w środę byliśmy na juwenaliach.

czwartek, 9 maja 2013

20.

Warszawska stylówa 'Derpina'
Minęło sporo czasu, jednak nie bez powodu zaniedbałam
nieco dziennik. Majówka w stolicy wpłynęła na mnie dosyć konkretnie i wiem, że nastąpi znaczący przełom w moim życiu, ale o tym wspomniałam na blogu ->noboodywantsthetruth<-, teraz w skrócie postaram się odtworzyć mój majówkowy wypad do Warszawy, który jak zwykle był dla mnie wspaniałym doświadczeniem i przeżyciem.

Moja majówka zaczęła się już wtorkowym wypadem na mecz, poprzedzonym chwilowym pobytem w parku. Nie byliśmy długo na mieście, ponieważ chłopcy mieli autobus, a ja musiałam wyspać się przed pociągiem, który był o 4:36. W pociągu jak w pociągu, walczyłam z niewyspaniem i zmęczeniem w ogóle. Dałam radę i dojechałam na miejsce z godzinnym opóźnieniem, które wynikło zaraz po wyjeździe z Rybnika. Matt i Oriana czekali już na dworcu, powitali mnie serdecznie i ruszyliśmy na Bielany. Kocham okolicę, kocham mieszkanie i kocham tych ludzi. Wszystko jest wspaniałe, można powiedzieć, że jak z bajki. Zaraz po wejściu powitał mnie zaspany wujek z bokserkach i równie nieogarnięty Wiktor. Matt wrócił na Sadybę, aby pisać pracę, a my ogarnęłyśmy śniadanie. Było tak normalnie, a jednocześnie dobrze. Dawno nikt dla mnie tyle nie zrobił. Było mi bardzo miło, czułam się ważna. Porozmawialiśmy chwilę wszyscy, wujek zrobił mi kawę. Odbyła się poważna rozmowa z Orianą. Później pojechałyśmy na miasto. Wzięłam potrzebne rzeczy, ogarnęłyśmy spacer, Wisłę i obiad, wieczorem dotarłyśmy do Matta, który czekał na nas przygotowany do konkretnych akcji. Rozmawialiśmy do późna, było śmiesznie, ale chwilami poważnie.
Niestety nie pamiętam szczegółowo co działo się w kolejności, ale wydaję mi się, że czwartek i piątek były szczególnie ciężkimi dniami. Wieczorem poszliśmy na pubbing, który

Stylówa życia wiosna/lato 2013
skończył się dla mnie nieciekawie. Doceniam jednak postawę wujka, który twardo mnie bronił, natomiast niewiele zdziałał. Rano obudziłam się i byłam w szoku, ale dopiero później zaczęło się robić coraz gorzej. Cały dzień straciłam na leczenie się. Jedną atrakcją było kino z Paulą i wieczór w jej ślicznym mieszkanku. Prędko wróciliśmy na Sadybę, gdzie bezpośrednio po rozebraniu, weszłam do łóżka. Nie do opisania było uczucie, z którym obudziłam się kolejnego dnia. Było wspaniale, błogo. Czułam się dobrze i zjadłam tosta! Po ogarnięciu się pojechałyśmy na Bielany, które są zdecydowanie moim ulubionym miejscem. Tam każdy zajął się sobą. Zrobiłśmy sobie babski wieczór z serami i winem. Było miło, muzyka, zdjęcia, rozmowy. Później wybrałyśmy się do Planu B, gdzie spotkałyśmy wujka! To było coś -stolica jest taka wielka, a można się spotkać mimo wszystko. To przeznaczenie! Wróciliśmy, zrobiliśmy sobie kolację z mikrofalówki z wujaszkiem i poszliśmy ładnie spać. Kolejne dni były cieplejsze, dlatego też spędzaliśmy je na Polu Mokotowskim. Mahoń na 100% ! Poznałam Julkę i Gosię z Malinką. Każda z nich mnie zaskoczyła i bez wątpienia wniosła coś w moje życie.
Jestem niezwykle dumna z tego, że mam tam tak wspaniałych znajomych, którym tak wiele zawdzięczam. Te wszystkie rozmowy, rozwiane wątpliwości, szczerość i serdeczność, którymi mnie obdarowali jest bezcenna.  Cieszę się, że są, że mogę zawsze się do nich zwrócić. Jestem cholerną szczęściarą i czekam z utęsknieniem na studia!



sobota, 27 kwietnia 2013

19.

Chyba umrę. Wtorek, środa, czwartek, piątek? Naprawdę? Dlaczego nie miałam czasu, żeby wcześniej to uzupełnić? Nie wiem czy pamiętam w ogóle co się kiedy działo. Masakra.


Wtorek i Środa


Pamiętam, że we wtorek było straszne zamieszanie w szkole, przyszedł też tata Nędzy na przedsiębiorczość i czułam jego stres. To było bardzo dziwne, zazwyczaj jeśli czuję czyjś stres, strach, smutek, albo złe samopoczucie, to jest mi to bliska osoba, a tutaj? Pierwszy raz widziałam faceta na oczy. Nie wiem co o tym myśleć. Popołudniu poszłam z Olą do maka, zresztą jak co wtorek. Zawsze chodzimy do maka, bo później mamy angielski. Ewa z Barszczem dojeżdżają, zatem muszą sobie zorganizować jakoś ten czas i najbardziej atrakcyjną formą jego spędzenia jest właśnie posiłek w maku.
W środę miałam kartkówkę z niemieckiego ze strony biernej, mam nadzieję, że chociaż na 3 ją napisałam, bo mam straszne oceny... Martwię się o to, co wyjdzie mi z poszczególnych przedmiotów, naprawdę. Szczególnie chyba o fizykę i biologię, ponieważ z fizyki nie mam jeszcze żadnych ocen i co chwilę pan przekłada sprawdzian, a z biologii mam kapę na czysto, którą mogę poprawić dopiero po maturach. Zależy mi na dobrych ocenach, bo właśnie tegoroczne będę miała na świadectwie po 3klasie.


Czwartek i Piątek


Czwartek był jakiś taki szalony. Wszystko było dziwne i inne niż zawsze. W szkole, jak w szkole, później z Adą doczepiłyśmy się do paru osób w plenerze i czytałyśmy nasze dzieło o katapulcie na dachu w Mongolii. To nie było ani trochę śmieszne, a mimo to, kiedy ktoś to odczytywał na głos, płakałyśmy ze śmiechu. Potem poszłam do optyka, żeby podkręcił mi okularki. Miałam takiego stresa! Nie wiem czemu, ale wkręciłam sobie, że jestem pijana i że pani mnie nie zrozumie. Nie chciałam jej chuchnąć, bo bałam się, że zauważy, czy coś. A tak naprawdę nic mi nie było, zupełnie. Trzeźwość umysłu max. No, ale poszłam, zrobiłam, wyszłam i do domu. Posiedziałam na słoneczku, później zabrałam się za wypracowanie na polski i ogarniałam Pitagorasa. Chyba będzie w porządku. NAGLE zadzwonił telefon. Wyszłam na dwór i jak za starych czasów bawiliśmy się na placu. To aż mnie boli. Rekin w piaskownicy, przypały na domofonie, wożenie się na rowerach po kilka osób, śmiesznie było. Piąteczek również pod znakiem przypału. Poszłam do szkoły w najkrótszych szortach jakie miałam. Szczerze mówiąc - wszystkie są takie krótkie, ale nie miałam wyboru. Był taki upał, że ledwo żyłam. Po szkole ładnie wróciłam do domu, znowu pogrzałam zadek na słoneczku i poszłam na angla. po anglu przyjechał po mnie Szkopek, pojechaliśmy po Oświęcimke i sruuu przypałowy wieczór. W ogóle nie rozumiem, co ja robiłam wieczorem na podwórku z "ekipą" z dzieciństwa. Normalnie o tej porze siedzę gdzieś kulturalnie z ogarniętymi ludźmi i rozmawiam. Tym razem oczywiście wożenie się i ściganie Jolanty na rowerach po osiedlu, YOLO i inne dziwne rzeczy. Wiem tylko, że tyłek będę leczyć parę dni.

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

18.

Niedziela i poniedziałek. 


Dzisiaj znowu jestem zmuszona do dodania podwójnego wpisu, ale nic na to nie poradzę - siła wyższa. Zacznę zatem od początku, a dokładniej od niedzieli.

Niedziela.


Po najbardziej leniwym dniu, jakim pamiętam nastąpiła zawalona masą rzeczy do zrobienia niedziela... Nie wiem czy wykonałam wszystkie zaplanowane czynności, natomiast jestem pewna jednego - robiłam zdecydowanie za dużo zbędnych rzeczy. Ubzdurałam sobie, że muszę wyrobić sobie brzuch i co? Zamiast uczyć się na dzisiaj, ćwiczyłam razem z Mel B przez dziesięć minut. Poszłam do babci, gdzie ciocia przekonała mnie wreszcie do obcięcia włosów, ale o tym niżej. Do południa i tak leniuchowałam, muszę stwierdzić, że takie byczenie się poprzedniego dnia mi się udzieliło i naprawdę ciężko było zabrać się za cokolwiek. W każdym razie po powrocie od babci zabrałam się za matematykę. Nie wiem, czy jakieś efekty będą, przekonam się o tym, jak pani odda sprawdziany, ale chciałabym dostać 3. Chociaż nie ma co się łudzić, znając moje szczęście i brak umiejętności, będzie znacznie gorzej. Wieczorem na domiar złego (?) ściągnęłam sobie na telefon aplikację, która zapisuje moje "osiągnięcia" w A6W, wczoraj zrobiłam całą serię. Liczę na widoczne efekty już niedługo!

Poniedziałeczek.


Jestem w ciężkim szoku, z którego nie potrafię się otrząsnąć - poczułam się jak w podstawówce! Dostałam dzisiaj dwie piątki. Nie wierzę w to co się dzieje, naprawdę. Generalnie dzień minął dziwnie szybko, jedynie dłużył mi się angielski, ale to dlatego, że umierałam na ból brzucha. Myślałam, że mam zapalenie wyrostka! A boję się tego panicznie, odkąd przewspaniały lekarz mnie nie nastraszył... Nieistotne. Z tego względu nie poszłam ZNOWU na wf, za to spędziłam mile czas w gronie zacnej IImi. Poszliśmy na lody, no i oczywiście w końcu, po długim namyśle udało się nam znaleźć sprzedawcę na rynku, który zszedł z ceny okularów poniżej 20zł. Później oczywiście wróciłam do domu, przygotowałam sobie obiad i zajęłam się uzupełnianiem ćwiczeń z angielskiego. Zamiast robić to, czego mi brakuje, zaczęłam robić do przodu... Mądra ja. Chwilę po tym, kiedy znudził mi się angielski i zagrzałam się odpowiednio na balkonie przyszedł czas na fryzjera. TAK STRASZNIE SIĘ BAŁAM! Włosy nie urosły mi od ostatniego cięcia w ogóle, dlatego omijałam wszelkie salony szerokim łukiem, ale nie miałam już wyjścia. Moje końcówki były koszmarne. Na szczęście pani mnie grzecznie posłuchała i nie obcięła mi więcej, niż chciałam. Bardzo dobrze. Oby rosły coraz szybciej! Dzisiaj znowu poćwiczyłam z Mel B, ale tym razem towarzyszyła mi mama. Robiłyśmy ćwiczenia na nogi i brzuch. Planowałam jeszcze A6W, ale obawiam się, że nie dam rady. Zbyt dużo naraz. Czeka na mnie za to 11odcinek 7sezonu supernatural i ciepłe łóżeczko, w którym spędzę więcej czasu niż zwykle, gdyż jutro zaczynam dopiero od 9:40!

sobota, 20 kwietnia 2013

17.

Sobota.


Jeden z najbardziej leniwych dni ever. Wstałam z łóżka tylko po to, aby zrobić sobie herbatę. Gniję i gniję, zapuszczam korzenie w moim cudownym łóżeczku, które jest już niestety pełne okruszków, czekolady i innych syfów, które w siebie pakowałam przez cały dzisiejszy dzień. Mam za to ambitne plany na jutro! Muszę nauczyć się matmy. Posiedzę ze dwie godzinki w pełnym skupieniu i może coś ogarnę. Później może do babci, a na wieczór jak codziennie - supernatural. Jestem już prawie w środku siódmego sezonu!
Ogarnęłam zdjęcia Ady, chociaż jedna pożyteczna rzecz dzisiejszego dnia! Zaraz pójdę spać, bo rano pewnie wyślą mnie z psem...

16.

Piąteczek.


Żałosna samojebka z kamerki i dziubek i ryj mopsa. 
Zapowiadało się tak nieciekawie. Rano nie mogłam wstać, na lekcjach zamulałam, przerwy były nijakie, zresztą podobnie jak pogoda, która dodatkowo mnie męczyła. Jedyne co w szkole było plusem, niestety zapłaconym ogromnym stresem, był termin zerowy z geografii. Kompletnie się na to nie przygotowałam, zresztą jak Ada. Nikt nie miał odpowiedzi. Wszyscy spoglądali z nadzieją na wielką mapę świata, namalowaną na ścianie po prawej stronie klasy. Na 15 przykładów, byłyśmy w stanie zgapić jedynie 4, z pewnością, że będą dobrze, co dawało pewną kapę. Pani sprawdziła nam od razu prace. Czyta numerami, większość nie zaliczyła, albo ma dopa, na 15 par jedynie trzy, w tym my, są zwolnione z pisania kartkówki. Nie wiem jakim cudem się udało, ale był to początek dobrych wydarzeń tego dnia.
Pozdrawiam Ewę, która właśnie odbywa podróż życia!
Po szkole prędko do babci na pierogi. Zachwyt! Później do domu, posprzątałam i się zaczęło. Miałam 3 propozycje na wieczór, jedna wykluczała drugą, a trzecia była zbyt od czapy, żeby wypalić. Zdecydowałam się na 13, wstępnie mieliśmy iść w trzy osoby, ale niedługo po tym dostałam telefon, że wszyscy idziemy na KSia - była to druga opcja, która żadnym pozorem nie miała sprowadzić osób z 13 w tamto miejsce. Wyszło jak wyszło. Poszłam do Burgieł i od niej miałyśmy iść właśnie na Koniec Świata. Zaraz przed wyjściem okazało się, że nasza super ekipa z 13 dowiedziała się o kasowaniu na wstępie, także KS odpadł i została 13. Oni poszli szybciej, a my spotkaliśmy się z ekipą, która z założenia miała właśnie tam spędzić wieczór, jednak koncert pokrzyżował ich plany. Kiedy dotarliśmy na miejsce i ks dowiedzieli się o tamtych nastąpił jakiś chaos. Nie wiem jak i kiedy się rozdzieliliśmy, w efekcie siedziałam z osobami, do których mieliśmy wszyscy dojść, a oni poszli gdzieś indziej. Musze przyznać, że miło tego mało sympatycznego incydentu, było bardzo fajnie. Mogę stwierdzić, że był to jeden z lepszych wieczorów, szkoda tylko, że trwał tak krótko. W każdym razie posiedzieliśmy, pogadaliśmy, później polecieliśmy do maka, a tam akcja życia z kuponami. Wszystko działo się tak szybko, że tylko stałam w miejscu i się śmiałam z tego co się dzieje. Zjedliśmy nuggetsy i powoli do domu. Było ok. 

czwartek, 18 kwietnia 2013

15.

Czwartek <3


Dzisiejszy dzień należy do jak najbardziej udanych. W szkole dosyć luźno, śmiesznie i oczywiście wspaniała przerwa na 5 lekcji, którą jest religia. To idealny czas na odpoczynek w środku dnia, pełnego ciężkich lekcji.   Posiedziałyśmy na dworze z Adą i zjadłyśmy lody. Ostatnia lekcja minęła dosyć szybko, praktycznie cały czas jadłam karmelka z Francji. Ma dziwny smak i ciągnie się niesamowicie. Po szkole prędko do domu. Trip ze szkoły do domu i z domu do szkoły w ciągu 30 minut - moje dzisiejsze (o dziwo niejedyne) osiągnięcie. Przebrałam się, wzięłam aparat i po Adę. Pla
Naturalnie podczas przygrywania akustycznego w muszli
ny (nie?)stety się nie zrealizowały i skończyłyśmy u boku ziąsów z IImi. Kilka zdjęć, pare anegdotek i znowu wróciłyśmy pod szkołę. Zgadałyśmy się z testosteronem i Maciejem, wzięłam Olę i podreptaliśmy do sklepu, ze sklepu na miejscówę, na której wcześniej spotkałam najzdolniejszego kota świata. Zrobiliśmy co trzeba i poszłyśmy do Oli na obiad, następnie pędem do parku i tam siedziałyśmy kilka godzin, słuchając przygrywania chłopaków. Było naprawdę przyjemnie. Mama nie miała problemów po wywiadówce, także chyba na pewno jadę na weekend! Zamiast biegania mykaliśmy rowerkiem, Arek zwątpił, więc zostaliśmy w dwójkę. Mam nadzieję, że będę w stanie wstać jutro z łóżka... W każdym razie jest w porządku i niech tak będzie jak najdłużej.

środa, 17 kwietnia 2013

14.

Wtorek/Środa


Po raz kolejny jestem zmuszona dodać podwójny wpis. Wczoraj nie mogłam się zebrać na napisanie czegokolwiek, także dzisiaj będzie relacja z dwóch dni.

Niewidzialna Ola
Wtoreczek -> Uwielbiam ciepło tak bardzo. Każdą przerwę spędzamy na dworze. Leżymy na ławkach, grzejemy się, spóźniamy na lekcje. Wczorajsze przerwy były jednymi z lepszych przerw w tym roku szkolnym, zresztą podobnie jak poniedziałkowe. Po szkole poszliśmy znowu do chinola i tym razem wsuwałam najwspanialszy, ostry jak jasna cholera makaron z kurczakiem. Następnie wietrzyliśmy ubrania i do maka. Ewa miała tłumaczyć mi matmę, a wyszło na to, że matematyka została zastąpiona tematem rzeką - dlaczego Ola i ja jesteśmy forever alone. Oczywiście nie ustaliłyśmy co jest tego przyczyną, ale za to nie jest już tak bardzo źle - we dwoje raźniej. Wróciłam do domu, miałam uczyć się na sprawdzian z biologii, ale przypomniało mi się, że mam referat na edb, także do późna ogarniałam zagadnienie powinności obronnych. Wyszło na to, że nawet nie otworzyłam zeszytu.

Jem krówkę

Środa-> Nie poszłam na niemiecki, szłam za to z Arkiem do szkoły. Po drodze rozkleiły mi się vansy i musiałam iść szybko kupić kropelkę, żeby naprawić buty. W efekcie spóźniłam się na matematykę. Sprawdzian z biologii był straszny. Nie przypuszczałam, że da aż takie zadania. Dostaliśmy podobny sprawdzian do sprawdzianu biol-chemu...
Trochę zawiodłyśmy się z Olą, że Cegielski i Hwdp nas olali, ale to i tak kwestia przyzwyczajenia. W moim przypadku wyszło to w późniejszym czasie na plus i mimo tego, że na początku zapowiadało się nieciekawie, to naprawdę było warto pobiadolić przez moment. Zwolniłam się z jednej lekcji wfu przez moje zacne biodro, za to miałam z kim wracać do domu, także nie jest źle! Zjadłam najlepszego kotleta na świecie i czekałam aż przydzie Ola i Burygieł. Ogarnęłyśmy sobie obóz, więc teraz zostaje tylko czekać!

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

13.

Poniedziałek!


zimowe jeszcze zdjęcie z Zil, bo zgubiłam kabelek :c
Tak bardzo stresowałam się matematyką, a dostałam dwa dopy. No cóż ..mogło być lepiej, ale ważne, że chociaż nie mam kolejnej jedynki. Muszę przyłożyć się do sprawdzianu. Dam radę - mam nadzieję. Dzisiaj znowu biegaliśmy z Arkiem. Chciałabym, żeby efekty były widoczne jak najszybciej. Może zacznę jeszcze robić brzuszki.
Po szkole poszłyśmy z Dembniak i Burgieł do lumpa, oczywiście nic nie znalazłam. Wszystko duże. Nie wiem dlaczego w innych miastach jest od groma fajnych ubrań, a u nas nic nie można znaleźć. Beznadzieja. Skończyłam 6 sezon supernatural, oczywiście ostatni odcinek jest taki, że nie mogę się doczekać, kiedy zacznę kolejny sezon! Pierwszy raz wciągnęłam się w serial do tego stopnia, naprawdę.
Nic nie potrafię na sprawdzian z fizyki...Aż mi źle. Nie wiem dlaczego muszę wiedzieć jak pracuje reaktor jądrowy oraz na czym polega rozkład pierwiastków alfa, beta i beta+. Już nawet nie chcę wspominać o tym beznadziejnym rozwiązaniu z rozszerzonymi przedmiotami do matury. Jakaś porażka.

niedziela, 14 kwietnia 2013

12.

Pierwsza ciepła niedziela.


Chwilę mam, więc czas na uzupełnienie braków w dzienniku. Niedziela jak niedziela. Pospałam dłużej, o dziwo mama wyszła z psem, więc nie musiałam się budzić o 8 i później znowu starać się zasnąć. Za to miałam takie chore sny, że sama nie wierzę w to co jest w mojej głowie. Zawsze miałam bujną wyobraźnię. 

Popołudniu poszłam do babci. Posiedziałam, pomogłam zrobić prezentacje, pogadałam z ciocią i dziadkiem. Wróciłam do domu, wykąpałam się i zaraz zabiorę się za serial. Boję się matematyki, naprawdę. Stresuję się jak nigdy. Nie wiem co się ze mną dzieje, tym bardziej, że wczoraj doszły dodatkowe nerwy. Mam tyle cholernie trudnych problemów i zamiast się na nich skupić, to szukam sobie innych, łatwiejszych, ale bardziej je przeżywam i nie mogę sobie poradzić. To jest chore z mojej strony. Dzisiaj cały dzień zamulałam. Zamykałam się w sobie i patrzyłam w przestrzeń, w ogóle nie wyłapywałam co kto do mnie mówi. Aż mi siebie szkoda. Mam nadzieję, że się ogarnę. 

11.

Sobota?


Miał być dziennik, a jakoś ostatnio nie dodaje codziennie wpisów, więc chyba czas to zmienić. Dzisiaj dodam dwa - za wczoraj i później dzisiejszy. Może będę w stanie coś napisać, bo po wczoraj to nie mam ani ochoty, ani nic w głowie. Ale to nieistotne.

Pospałam do późna, posprzątałam, obejrzałam dwa odcinki i przyszedł Arek. Poszliśmy biegać na stadion. To nasz pierwszy wypad w tym roku na bieżnie. Umówiliśmy się, że biegamy póki co trzy razy w tygodniu po pół godziny. Myślę, że na początek to wystarczająco. Tak bardzo miłe było ze strony otyłego współlokatora było kopanie w nas piłki. Uprzejmość ludzka nie zna granic jak widać. Pogadaliśmy, oczywiście temat prędzej czy później zszedł na wiadomą osobę. Wróciłam do domu, szybki prysznic, przebrałam się i znowu przyszedł Arek. Arek, jak to Arek nie potrafi trzymać języka za zębami, ale nieważne. Nic się nie stało na całe szczęście. Poszliśmy po dziewczyny i do żabki. Było śmiesznie. Zrobiłam grzechotkę z butelki po frugo, Oli wrócił głos i przygotowaliśmy stolik na romantyczną kolację. Po opróżnieniu tego, co mieliśmy do opróżnienia poszliśmy do 13. Nie posiedziałam długo. Po może 30minutach wyszłam i poszliśmy na kawę i na spacer - jak za dawnych czasów. Już nie pamiętam, kiedy tak długo chodziliśmy po mieście i znowu boli mnie biodro. Przynajmniej było cieplej niż ostatnim razem, kiedy byliśmy tak długo na spacerze. Zresztą nieważne. Wróciłam do domu przed północą i złapał mnie jakiś dziwny dół. Są rzeczy o których lepiej nie wiedzieć. Nie wiem dlaczego tak się tym przejęłam i aż tak mnie to dobiło. Chciałabym nie być tak przewrażliwiona i w końcu przejrzeć na oczy. Trwa to tak długo, sama wiem od dawna, jak wygląda sytuacja, a mimo to, w mojej głowie siedzi jakaś głupia myśl, że może jednak. Wydawać by się mogło, że każdy widzi, że coś jest na rzeczy. Że coś jest na rzeczy, a okazuje się, że tak nie jest. Dostrzegają to tylko osoby, które nie powinny, albo nie muszą. Cóż. Czas się ogarnąć i znaleźć jakieś dobre wyjście z tej sytuacji. O ile się da. Jednak przez dłuższy czas - ponad pół roku, nadawałam na zupełnie innych falach, niż powinnam. Muszę się przestawić. Nie wiem czy dam radę. Jeszcze ten wyjazd...

piątek, 12 kwietnia 2013

10.

Piąteczek życia


Środę i czwartek byłam bez "automatu", ponieważ "mam to w dupie, że chcesz skorzystać z internetu, twój problem, że masz zadanie, gówno mnie to interesuje", zatem przemęczyłam się dwa dni, a dzisiaj nie wytrzymałam i powiedziałam co o tym myślę, w rezultacie matka zrobiła po raz kolejny z siebie ofiarę, ale chociaż mam jak skorzystać z internetu.

zeszyt z edb jacka
Nie pamiętam za bardzo co działo się w środę, poważnie. Mam problem, żeby zapamiętać takie rzeczy. Pamiętam jednak, że był dzień otwarty dla mojego byłego gimnazjum, który okazał się klapą. Nienawidzę takiego braku organizacji. Byłam jedyną osobą poza Sołtysem, która miała wcześniej styczność z trasą oprowadzania gimnazjalistów. Nie mieliśmy kartek, trzeba było chodzić z pamięci, już nie chcę nawet myśleć o tym, że 3/4 klas, do których mieliśmy wejść było zamkniętych, a nauczyciele nie byli przygotowani na odwiedziny. Porażka, naprawdę. Wstyd mi.
Później oczywiście wróciliśmy na lekcje. Dzień jak każdy inny, ale chociaż było ciepło. Na edb znowu miałyśmy z Adą fazę na maltretowanie zeszytu, także <- zamieszczam efekt końcowy.


Czwartek. Co takiego działo się wczoraj. W szkole jak w szkole, bez rewelacji, natomiast później wybraliśmy się z Przemkiem i Ewą do chińczyka, na pamiątkę została mi śmierdząca cebulą i starym tłuszczem kurtka skórzana i plecak...Jedzenie za to zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie, było pyyyyyszne! Długo czekałam na otworzenie chińskiej "restauracji" na naszym zadupiu. Najedzeni poszliśmy do maka, pogadaliśmy jak za dawnych czasów i do domu! Oczywiście nie ominęła mnie kłótnia z mamą, która skończyła się moim wyjściem z domu i jej płaczem, ale to już mnie zupełnie nie rusza, niech sobie płacze ile chce. Może jej się skończy limit łez. Łotewa.

Dzisiaj całkiem okej, dzień bardzo dziwny mimo wszystko. Jeden z tych, który wydaje się być snem. Nie wiem czy tylko ja tak mam, ale dzisiaj to pierwszy raz od dłuższego czasu. Jestem jakaś za bardzo uczuciowa, ale niewrażliwa. Trochę nielogiczne. Cały dzień próbowałam ogarnąć matmę. 15minutowe korki coś dały, jednak nic z tego, co powtarzaliśmy nie było na kartkówce. Strasznie stresuję się matematyką. Coraz mniej rozumiem, a naprawdę się staram. Namieszałam tam dosyć porządnie. Będę się modlić o uznanie tego zadania... Popołudniu poszłam do dziadków, dziadek zjechał mnie od deski. Kocham go! Angielski, ciepła bułka z nutellą, a teraz herbata karmelowa i ploteczki z Ewą. Nie mam ochoty na rozmyślanie. Ostatnio zdecydowanie za dużo czasu na to poświęcam.

wtorek, 9 kwietnia 2013

9.

Wolny wtorek.


Jak można domyślić się z "tytułu" - nie poszłam do szkoły. Ach, szalona ja. Tak wyszło, nie było to zamierzone. Źle się czuję. Psychicznie wysiadam, a fizycznie nie mam na nic siły. Pospałam dłużej, poszłam do babci i zjadłam naleśniki z nutellą. Lubię nutellę. Nutella pomaga na wszystko. Ciągle mi zimno, albo za gorąco. Może będę chora, albo tylko mi się wydaję. Tak bardzo potrzebuje już tej majówki, że nie wytrzymuję, kurde. A Oriana wciąż nic nie pisze co i jak...Znając życie nic z tego nie wyjdzie.

Musiałabym pouczyć się na biologię. Koniecznie muszę dostać jakąś dobrą ocenę. Na matematykę nie liczę, bo nie ma opcji, ale może właśnie biologia...Jeszcze projekt na edb. Trochę do zrobienia mam, a wciąż siedzę i patrzę w przestrzeń. Nie wiem czego tam szukam, ale i tak nic nie znajdę, więc czas ogarnąć zad. Mam angielski za godzinę i sześć minut, więc należałoby chociaż się jakoś inaczej ubrać. To wszystko jest takie dziwne.

Pobrałam gg na telefon. Nie wiem dlaczego to zrobiłam. I tak nie mam z kim pisać. Pobierało mi się prawie pół godziny, bo zużyłam wcześniej cały transfer. Chciałabym, żeby chociaż teraz się udało. Męczy mnie czekanie i wyszukiwanie problemów w niczym. Może być coraz lepiej, nie wiem od czego to zależy, ale nie zostaje mi nic innego niż czekać i mieć głupią nadzieję, że się coś poprawi. Naiwna ja.

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

8.

Poniedziałek

Jest jakoś dziwnie. Mam huśtawki nastrojów, w związku z tym czuję się jak kobieta z menopauzą - psychicznie i fizycznie. Mimo, że dzień rozpoczęty językiem niemieckim, to nie było bardzo źle. Mam nadzieję, że chociaż uda nam się z Lindą przepisać do innej grupy, ponieważ nasza aktualna to lekkie przegięcie. Z drugiej strony nie jest chyba tragicznie, bo na pierwszy semestr wychodziła mi 3, a nawet nie mam książek! Kto by pomyślał. Zdolna ja.

Mam ochotę kupić sobie granatowy sweterek - taka tam dygresja.
Mina została mi z lekcji polskiego. 

Stresuję się matematyką, ponieważ mam fatalne oceny...Muszę się postarać dostać dobrą ocenę ze sprawdzianu z geometrii. Dzisiejszą kartkówkę znowu skopałam. Nie wiem co się ze mną dzieje. W każdym razie cieszę się, ze mama jest skłonna puścić mnie do Jałowej, poważnie...Jestem w szoku, ale naprawdę to coś, za co byłabym jej dozgonnie wdzięczna, a przede wszystkim - odpoczęłabym w świetnym towarzystwie. Generalnie jest progres, ponieważ matka popłakała się przy obiedzie, w trakcie kolejnej lekko chorej sytuacji. Może powoli zaczyna zauważać, że coś jest nie tak. Nie liczę na zmianę.
Powinnam zacząć robić notatki z biologii. W środę sprawdzian, a materiału jest dosyć dużo, oczywiście i tak się za to nie zabiorę, bo wciągnę się w Supernatural. Jakby nie patrzeć - jutro też jest dzień. Nie wiem dlaczego jestem taka leniwa...

Mama się mnie dzisiaj zapytała co jest ze mną nie w porządku, że nie mam chłopaka - przecież dziewczyny pod koniec I liceum już przeważnie kogoś mają. Dlaczego nikogo nie masz? To był cios poniżej pasa. Jakby to była moja wina. Cóż, widocznie mamusia ostatnimi dniami lubi dopierdalać.

niedziela, 7 kwietnia 2013

7.

Rodzinna niedziela


Kocham wstawanie w weekend o godzinie 7:15, ponieważ moja matka nie ma spania i nie może znieść myśli, że ktoś inny może smacznie spać, a ona nie. Oczywiście poszłam z psem, pochodziłam chwilę i bez słowa wróciłam do łóżka. Nie chcę nawet myśleć o tym, co pod nosem sobie mówiła mamusia, kiedy widziała, że znowu idę spać. Im mniej wiesz, tym lepiej śpisz - zdecydowanie prawda. Ostatecznie wstałam koło 11, zjadłam płatki i znowu wróciłam do łóżka. Supernatural samo się nie obejrzy, więc ogarnęłam parę odcinków. To jest niemożliwe jak można się wczuć w serial i przeżywać wszystko razem z bohaterami. Nie wiem co zrobię, kiedy obejrzę wszystkie odcinki...Aż mam dreszcze. 

niewyraźna Kira!
Przyszedł czas obiadu, czyli jak zwykle okres pełen wrażeń. To jest niemożliwe, że można czuć taką nienawiść do rodziny...Nie wiem dlaczego tak jest, w każdym razie nie zrozumiem również tego - jak można w domu, w którym mieszkają 3 osoby odstawiać taki cyrk. Nie wiem czy oni traktują mnie jak współlokatora, który dostaje co miesiac wypasioną wypłatę i jest w stanie pozwolić sobie na zakupy, takie jakie robią sobie oni co tydzień. Chore jest, żeby matka z mężem mieli osobną pastę do zębów, szampon i płyn do kąpieli. Jeszcze bardziej nie mogę pojąc tego, że robią sobie obiad dla siebie, a mnie każą robić dla siebie. Ba! Dopiero wtedy, kiedy oni wyjdą z kuchni. Czuję się...trochę dziwnie. Nie wiem...gorsza? Chyba zacznę chodzić na posiłki do dziadków, przynajmniej tam czuję się jak w domu i z przyjemnością, w miłej atmosferze mogę zjeść i porozmawiać. W domu siedzę milcząc u siebie, wychodzę jedynie, aby zrobić sobie herbatę, którą zresztą trzymam u siebie w pokoju. To jest jakiś absurd. Może kupię sobie czajnik i postawię na parapecie.

Popołudniu poszłam do dziadków. Słuchałyśmy z ciocią disco polo i śpiewałyśmy z telewizorem. Tylko tam mogę poczuć się jak w prawdziwej rodzinie. Coraz bardziej żałuję tego, że musiałam się od nich wyprowadzić. 


sobota, 6 kwietnia 2013

6.

Piątek-sobota

Wczoraj.


 Wróciłam do domu nie dość, że późno, to jeszcze padnięta, więc nie byłam w stanie dodać żadnego wpisu, dlatego też dzisiaj zrobię taki myk i napiszę o dwóch dniach. TAK BARDZO SPRYTNIE! Zacznę zatem od piątku. Dzień jak każdy inny bez szczególnych wydarzeń w szkole. Prawdę mówiąc mam lekkie zaćmienie i nie pamiętam, co dokładnie się działo, oprócz zabierania Arkowi telefonu przed geografią. Czułam się jak w podstawówce - bieganie po korytarzu, krzyki i szarpanie się o głupi telefon, ba! Jeszcze z podstawówkowo-gimnazjalną ekipą.
Wróciłam ze szkoły, pogadałam z mamą. Mimo jej dziwnego stanu umysłu, który ciężko mi określić, miewa momentami przebłyski racjonalnego myślenia i potrafi normalnie prowadzić dyskusję. Dzięki temu mogłam być wczoraj dłużej niż zwykle na mieście i może uda mi się wynegocjować możliwość wyjazdu pod koniec maja ze znajomymi. Sama nie wierzę w to, co piszę, ale mam nadzieję, że mi się uda. To byłoby wspaniałe. Póki co marzę o tym wyjedzie do Warszawy, czekam z niecierpliwością na informację od Oriany w sprawie repertuaru, pakuję torbę i mnie nie ma!

Alternatywny kuzyn Alek na Końcu Świata
z pierniczkową filiżanką kawy.
Popołudniem poszłam na angielski, którego okazało się nie być, więc przygarnęli mnie chłopcy z zespołu na próbę, następnie umówiona byłam z Olą, z którą poszłam na Koniec Świata, zając jakieś dogodne miejsce. Całe szczęście, że o tym pomyślałyśmy, ponieważ niemalże każdy stolik był zarezerwowany! Aż niemożliwe. Znalazłyśmy "ustronne" miejsce pod schodami- dwa fotele, malutki stolik i dwa pufy. Dla nas było w sam raz, jednak po jakimś czasie zaczęli zbierać się znajomi, których się nie spodziewaliśmy. W efekcie było nas jak to ktoś mądrze ujął "20 osób na metr kwadratowy". Ekipa była dosyć specyficzna, każdy zupełnie z innego otoczenia, ale i tak było całkiem fajnie. Mam nadzieję powtórzyć kiedyś wypad z podobną grupą znajomych, zdecydowanie.


Dzisiaj.

Spałam do późna i się nie wyspałam. Posprzątałam, pousuwałam zdjęcia z dysku i powspominałam Kortowo. Już nie mogę doczekać się wakacji i siłowni z panem Matkiem, warsztatów z aktorami i głupich akcji z Kubą i Sebastianem Piotrowicz! Szykują się najlepsze wakacje, szkoda tylko, że bez Sierzputyńskiej...
Wieczorem poszłam do babci, podniosła mnie nieco na duchu, później z ciocią. Zrobiłyśmy spaghetti, zjadłam i wróciłam. Jak weszłam do domu, tak dorwałam się do komputera. Aż niemożliwe, że tak sprawnie chodzi, nie mogę uwierzyć. Miłość życia.


czwartek, 4 kwietnia 2013

5.

4.04

Ciekawa data, czyż nie? Wracając ze szkoły miałam w myślach ułożony wpis, który chciałam opublikować na blogu, ale oczywiście zapomniałam. Jestem na siebie zła. Pocieszam się jednak ciepłą herbatką i Supernatural, który po raz kolejny zawiesza się na kinomaniaku, zmuszając mnie do czytania streszczeń odcinka. Chciałam zrobić zdjęcie cudownej twórczości z dzisiejszego wosu, ale zapomniałam. Dzisiaj w ogóle jest jakiś taki dziwny dzień, że o wszystkim zapominam, a na dodatek się stresuję, ponieważ nie oddałam usprawiedliwienia za ostatnie nieobecności, a było ich sporo. Jutro nie ma naszej wychowawczyni, a dyrektor sprawdza dzienniki, więc trochę jestem w czarnej dupie. Pomijając ten fakt i to, że znowu kłócę się z matką jest całkiem dobrze. Uwielbiam moją ciocię i wujka. Z nimi zawsze mogę się pośmiać z reszty rodziny i nigdy nie mają mi za złe, kiedy powiem co myślę. Wracając jeszcze do wydarzeń ze szkoły - na chemii (nie)stety nic się nie działo, jednak pozdrawiam Adę, z którą po raz pierwszy żebrałyśmy. Jesteśmy kompletnie spłukane. Ledwo uzbierałyśmy na trzy kajzerki i "milkusia", płacąc w samych miedziakach aż 3,83zł!

Śniadanie z biedronki za 3,83zł
Od kilku dni co noc śni mi się Kortowo. Nie wiem czy wynika to z tego, że boję się o brak miejsc na obozie, bo mamusia udaje, że chwilowo nie jest zdolna do jakichkolwiek wydatków. Udawanie trwa od listopada. Troszkę się stresuję tym wyjazdem mimo wszystko. Wiem, kogo tam spotkam po raz kolejny i biorąc pod uwagę kontakty, które zdążyły się tam nawiązać i wszelkiego rodzaju więzi, może być ciekawie, a kłótnia jest nieunikniona. Muszę tylko napisać do pana Matka, na który turnus jedzie, ponieważ nie wyobrażam sobie, aby ktokolwiek inny był moim wychowawcą...

Mam ochotę na kebaba i muszę przypomnieć sobie co chciałam napisać na blogu!

środa, 3 kwietnia 2013

4.

Środowe nieogarnięcie

Żaba z Kostaryki
Po wczorajszych sentymentalnych wiadomościach do późna i dziwnych pytaniach anonima na ask.fm, miałam mały problem, żeby wstać. Niestety tym razem nie mogłam sobie odpuścić niemieckiego. Opuściłam już tyle godzin, że mogą mnie nie klasyfikować  a no to pozwolić sobie nie mogę. W każdym razie w szkole było dobrze, muszę przyznać, że chodzę tam bardziej z przyjemności niż przymusu, co rzadko się zdarza. Momentami było dziwnie, a nasz moment twórczości uwieczniłam na poniższym zdjęciu, które przedstawia żabę z Kostaryki. Tak właśnie wyglądają lekcje edukacji dla bezpieczeństwa, prowadzone przez niezastąpioną panią Emanuelę B.T. Później mieliśmy dwie lekcje z absolwentem naszego liceum, który w tym roku kończy studiować prawo. Dostał jakieś stypendium z naszego powiatu i musiał wybrać jakąś szkołę, aby móc przeprowadzić właśnie prelekcję o prawach człowieka i tego typu sprawach. Zapowiadało się, że będzie nudno, a nie było w cale tak źle. Przyszły prawnik Adam ciekawie opowiadał i sądzę, że coś z tego wywnioskuję, ale to dopi
Rozpuszczone żelki z dekodera
ero wtedy, kiedy zacznę mieć ochotę, by pomyśleć. Następnie mieliśmy iść na jakiś spacer na wfie, ale schowałyśmy się z Adą, wdając się w głupie pogaduchy, które i tak były bardziej atrakcyjne niż spacerowanie w gronie zacnej klasy (UŚMIECH).

Wróciłam do domu, zjadłam obiad, poszłam do łóżka i tak leżę w tym łóżku i leżę, pijąc już chyba 4 kubek herbaty. Zabrałabym się za serial, ale wiem, że jeśli zacznę kolejny, szósty już sezon Supernatural, to nie będę w stanie się oderwać. Pewnie i tak zaraz odpalę pierwszy odcinek. Jak już jestem w tematach "supernatural", to jestem ciekawa, czy wydarzy się coś jutro na chemii...To dziwna sprawa, ale nie ma o czym mówić. Może to zwykłe zbiegi okoliczności.

A, no i mam nadzieję, że Warszawa na początku maja wypali...

wtorek, 2 kwietnia 2013

3.

Wolny wtorek

Czasami nie rozumiem moich znajomych, o których myślę, że wiem wszystko. A przynajmniej wystarczająco, aby móc przewidzieć ich kolejny ruch. W każdym razie dzisiejszy dzień był dosyć ciekawy. Można powiedzieć, że nieustannie coś się działo. Pospałam długo, później poszliśmy do MDK. Miała być próba, ale oczywiście jeden z Jeźdźców Apokalipsy się nie stawił, więc próba ostatecznie się nie odbyła. Nie wiadomo zatem, czy pojedzie się dalej ze spektaklem, czy też nie. Nieistotne. Następnie dla towarzystwa poszłam na moment na pogadankę z Grażyną, a później to już do domu. Ostatni raz widzieliśmy przed świętami, więc miło było spotkać się z Olą i Cieślikiem. Oczywiście nie obyło się bez zamieszania, jakim było usunięcie mi połowy rzeczy z laptopa i zrobienie wiosennych porządków na pulpicie. Mat-inf jednak do czegoś zobowiązuje. Tak czy siak, komputer faktycznie chodzi zdecydowanie sprawniej, więc dziękuję po raz kolejny.
Wieczorem też zdecydowałam się na wyjście. Mam nową ulubioną melasę - winogronową. Pierwszy raz w takim stopniu czułam smak winogron. Było fajnie.

 Jednak jestem naiwna i głupia, nie wiem dlaczego to robię. Szczególnie, że wiem, że nie robię dobrze. Muszę w końcu się zastanowić czego naprawdę chcę i ostatecznie robić to, co postanowię i uznam za słuszne. Generalnie stwierdzam, że zdecydowanie nie warto kierować się sercem i dzięki "błędom młodości" wiem, że nie zrobię tego nigdy więcej.


Podsłuchałam rozmowę matki z Endrju i muszę przyznać, że była dosyć ciekawa. Nie będę cytować, w każdym razie moim wnioskiem wyciągniętym z tego dziwnego dialogu jest to, że nienawidzę, kiedy ktoś w kółko powtarza te same argumenty. Nieważne w jakiej rozmowie, nieważne na jaki temat. Zawsze jedno i to samo. Nie wiem, jak można być takim człowiekiem, bez charakteru i własnego zdania, wciąż wmawiając jakieś pierdy, które nie są adekwatne do sytuacji. Drażnią mnie tacy ludzie, ale to chyba najłatwiejsze z możliwych rozwiązań.

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

2.

Prima Aprilis 

Poranek idealny - spanie do późna, herbata, serial i mogę tak w nieskończoność. Jednak nic nie trwa wiecznie, a szczególnie miłe chwile. Niedługo po skończeniu drugiego odcinka, musiałam się ogarniać do wyjścia. Wręcz uwielbiam chodzić na obiady do teściów matki - wspaniali ludzie... Te sztuczne uśmiechy, nieudolne próby bycia miłym i uprzejmym - żałosne. Babcia mi wciąż powtarza, abym starała się być dla nich  sympatyczna i zachowywała się kulturalnie, jednak po tej dziwnej sytuacji, kiedy teściowa przyszła do nas myć okna (co jest dla mnie jakimś absurdem) i zjechała mnie z góry do dołu, twierdząc, że niszczę ich rodzinę. Tak, jakbym miała jakikolwiek wpływ na ich życie, coś wnosiła. Jest wręcz odwrotnie. Nawet matkę traktuję jak współlokatorkę, a z jej mężem nie zamieniłam słowa od listopada. Ale oczywiście, pani idealna ma rację.

Kira!
Koniec zrzędzenia.Posiedziałam, pośmiałam się z sucharów pana wszechwiedzącego i odwieźli mnie do domu. Poszłam do babci, bo co mogę robić sama w domu. Zjadłam pieczarki, ciasto i pośmiałam się z wujkiem. Takie rodzinne imprezy są mimo wszystko męczące, dlatego wybawieniem była Burygieł, która wyciągnęła mnie na KŚia. Na początku niechętnie po ostatniej środzie, ale jednak się przekonałam i było warto. Pośmiałam się, oderwałam na chwilę od rzeczywistości. Towarowy z Częstochowy zostanie moim ulubionym drinkiem.
Aktualnie zamulam na skype i z jednej strony jestem strasznie zadowolona i dumna, a z drugiej się zawiodłam i lekko podłamałam, ale takie życie. Nic nowego. Przynajmniej mam plany na jutro.

niedziela, 31 marca 2013

1.

Może to trochę dziwne, a może całkiem normalne i dosyć popularne wśród dziewcząt w moim wieku, ale postanowiłam założyć tutaj swego rodzaju "dziennik". Nie jest to do końca odpowiedzialne, aby publikować szczegóły ze swojego życia w sieci, jednak bardzo mi zależy, żeby mieć jakąś pamiątkę za kilka lat. Dzisiejszy dzień był dla mnie dniem pełnym refleksji, dlatego właśnie, mimo wszelkich wątpliwości, po przeanalizowaniu, zdecydowałam się na tego typu formę pamiętnika. Próbowałam już wielokrotnie prowadzić normalny pamiętnik, niestety po niedługim czasie zostawał on rzucony w kąt. Nie chciałabym, aby stało się tak po raz kolejny, dlatego internetowy dziennik wydaje się być niegłupim pomysłem. Będę dodawać zdjęcie, ewentualnie kilka z bieżącego dnia, opisywać pokrótce jakieś sytuacje, które miały miejsce. Sądzę, że może to być ciekawe. W każdym razie mam nic do stracenia.

Bardzo możliwe, że dzisiejszy wpis wyjdzie dosyć mdło, ale muszę się rozkręcić, więc przyszła Julko - nie kończ czytać na tym zdaniu.


Wielkanoc.

To bardzo ciekawe - mamy już prawie kwiecień, a pogoda jest bardziej zimowa, niż była zimą tego roku. Aż ciężko uwierzyć, że na te święta lepiłam bałwana. Wszędzie głośno o ociepleniu klimatu, ale jakoś nie zauważyłam, żeby faktycznie tak się działo.
Dzień spędziłam u cioci. Z wielkim bólem i zgrzytaniem zębów musiałam wstać o 8, żeby się przygotować do wyjścia, ale i tak wybiegłam z domu ostatnia. Gdyby nie to, że łazienka była zajęta przez hm..."męża matki", to może dałabym radę na czas. Nie rozumiem dlaczego robi mi na złość. Nieustannie robi na złość. Nic mu nie zrobiłam, niczym nie zawiniłam, ale fajnie jest się widocznie wyżywać na mniejszym od siebie. Zauważyłam to już dawno, ale nie chcę o tym pisać. Jednakże zamykanie drzwi na klucz przed nosem nie należy do najsympatyczniejszych gestów.
Bardzo się cieszę, że dziadek również pojechał do cioci. Obawiałam się, że nie będzie w stanie dojechać i wysiedzieć tam tyle, a ku mojemu zaskoczeniu został prawie do 16. Tak strasznie
byłam dumna i pocieszona, kiedy widziałam jak z chęcią je. Brzmi to dosyć idiotycznie, ale biorąc pod uwagę to, że od końca października ledwo jest w stanie przełknąć herbatę, było to cholernie miłe do zobaczenia. Podziubdział coś, podziubdział, ale zjadł ze smakiem - co najważniejsze. Smutno patrzeć na kogoś, kogo traci się w oczach. Mam nadzieję i będę błagać o to tego kogoś, tam na górze, aby kolejne święta odbyły się w tym samym gronie.
Tylko Wiktoria i ja odważyłyśmy się zjeść nasz wspaniały tęczowy tort oreo. Nikt więcej nie raczył na niego spojrzeć, co nie było miłe. Stałyśmy wczoraj parę godzin nad garami, tyle było gadania, tyle narzekania, a nikt nie zjadł. Może i lepiej, bo będzie więcej dla nas. Wyszedł pyszny!
Wiele bym dała, aby móc pojechać do stolicy. Potrzebuję odpocząć od tego wszystkiego, co fundują mi w ramach rozrywki codziennie znajomi i rodzina. Nie lubię się nad sobą użalać, ale powoli nie ogarniam, dlatego koniecznie muszę sobie zorganizować taki wyjazd. Mam nadzieję, że Oriana nie jedzie nigdzie na majówkę, bo to chyba będzie najlepszy moment na regenerację.